Gdybym miała podsumować jedynie jesień w zagranicznych serialach, wystarczyłoby napisać, że nadzieje były duże, ale wyszło średnio. I taka jest prawda, ale ponieważ podsumowanie dotyczy całego roku trzeba wziąć pod uwagę także wcześniejsze sezony. A to dlatego, że transze nie zaczynają się w myśl roku kalendarzowego. W ten sposób cofamy się do całkiem przyjemnego okresu wakacji, a czasami jeszcze do wiosny, i przypominamy sobie, co to się wtedy dział w naszych ulubionych serialach. A tam sprawa wygląda już bardziej obiecująco.

Ranking mocno subiektywny, wykluczający sporą liczbę innych popularnych seriali, jakie z powodzeniem można byłoby tutaj dorzucić. Smutna prawda jest jednak taka, że oglądanie ośmiu, nawet w przeciągu 12-miesięcy, to i tak udany wyczyn. Poznajcie piątkę najlepszych, tych na które powinniście zwrócić uwagę, jeśli macie wolny czas, ochotę i szukacie nowych wrażeń.

– 3 – 2 – 1 – 

5. HOMELAND

Relacja z Carrie Mathison nie jest prosta. Chociaż w jej przypadku nie powinno to dziwić, bo kobieta ma nie tylko pokręcone w głowie, ale też w życiu. Perypetie agentów CIA miały się dobrze do pewnego momentu, a nowy sezon miał być testem sprawdzającym, czy w ogóle warto jeszcze ich obserwować. Nie wiem, czy to kwestia lokalnego patriotyzmu, a może obecnej sytuacji politycznej, ale przeniesienie akcji do Europy – swoją drogą w o wiele czystszy i przyjemniejszy dla oka teren – wyszło temu serialowi na plus.

Wciąż pojawiają się te autentyczne dla spraw międzynarodowych tematy, wciąż mamy międzynarodowe wojny w tle, ale uwypuklenie europejskiego wątku podoba mi się bardziej niż wszystkie przygody z poprzedniej transzy. Ta rozpoczęła się tej jesieni i potrwa do końca grudnia. Mimo to, czyli mimo niezamknięcia sezonu, umieszczam Homeland na mojej liście pięciu najciekawszych seriali tego roku. Z bardzo prostego powodu – czekałam na nowe odcinki z nadzieją, że zakończą się westchnienia Carrie za nieżyjącym ukochanym i wrócimy do tego, o co chyba od początku chodziło. Ścigania zbrodniarzy.

Udało się, pojawiło się kilka nowych postaci, które ciekawie uzupełniły fabułę, raz nawet udało im się mnie zaskoczyć. Piąte miejsce zasłużone. Oby tylko nie na wyrost…

4. ARROW

Bywają odcinki, kiedy zastanawiam się, dlaczego w ogóle oglądam ten serial? Mnóstwo w nim niestworzonych historii, nadprzyrodzonych mocy, które nigdy mnie nie pociągały i starożytnych walk, które też były mi odległe. Jest jednak jedna postać, dla której warto zarywać noce. I nie jest to wcale mężczyzna ze strzałą i galerią blizn na ciele.

To piękna, piekielnie inteligentna i bardzo zabawna Felicity Smoak. Nie wiem, jak ten serial mógłby istnieć bez niej. Naprawdę nie wiem, bo chociaż czasami bywa irytująca, przede wszystkim z powodu swojej nieprzeciętnej gadatliwości, to jednak bez niej Arrow straciłoby wiele zabawnych momentów, dziwnych żartów i technologicznego poczucia humoru. Felicity, mam nadzieję, że to nie Ty umierasz w tym sezonie.

Powiedziałabym, że nowy sezon na razie w szczególny sposób nie zaskakuje, ale jednocześnie nie odbiega przewidywalnością od poprzednich. Scenarzystą zdarza się zaskoczyć, ale już głównie w wątku pokazującym Olivera z dala od domu rodzinnego, na wyspie, wśród obcych ludzi.

3. THE WALKING DEAD

Niestety zombie nie wzbiły się na pierwsze miejsce listy. Trochę mi przykro, bo to oznacza, że nowy sezon nie podbił mojego serca. Ostatnio wyemitowano półmetkowy odcinek, który zwykł być jednym z trzech najlepszych z całego sezonu. W tym przypadku niestety nie można tego powiedzieć, więc nie ma szans na zaszczytne pierwsze miejsce na mojej liście.

Natomiast dwa powody, dla których i tak widzimy się w pierwszej trójce to teoretycznie uśmiercenie jednego z głównych bohaterów, które pokazano w tak wiarygodny sposób, że cały świat przeżywał internetową żałobę. Teraz już wiemy, że magia kamery i dobry montaż to klucz do sukcesu. Drugi powód to powrót Morgana. Faceta, którego poznajemy jeszcze w pierwszym sezonie, później tracimy go z oczu i wraca na chwilę w trzecim. Teraz wrócił na dłuższą chwilę i ewidentnie coś mu się w głowie porobiło.

Powrót zainicjowano już pod koniec poprzedniego sezonu (zakończonego w marcu tego roku) i to podkręciło oczekiwania, co do nowego. Ogólnie trzeba podkreślić, że zakończenie piątej transzy było mocne i przypomniało mi, dlaczego wciąż, mimo kilku rozczarowań, lubię ten serial. Spinać pośladki i szykować dobre zakończenie tego sezonu, bo półmetek wyszedł trochę, jak falstart!

2. HOUSE OF CARDS

Serial legenda, który chyba już wpisał się do kanonu najlepszych seriali politycznych naszych czasów. Wypuszczono go zaraz na początku roku, ale doskonale pamiętam, jak zaskakiwały mnie nowe cechy charakteru ujawniane w postaci Franka Underwooda. Wydawało się, że skoro osiągnął swój cel i został Prezydentem najpotężniejszego państwa na świecie to przystopuje, rozsiądzie się w swoim wielkim, skórzanym fotelu i ewentualnie kupi uroczego szczeniaczka, który ociepli jego wizerunek. Okazało się jednak, że największych wrogów faktycznie najbezpieczniej jest trzymać blisko siebie, a żona do tych wrogów zalicza się, jak nikt inny.

To był sezon ciekawie pokazujący inną stronę relacji międzyludzkich, a jednocześnie podkreślający te, które od dawna można było odczytywać między wierszami. Państwo Underwood, jako małżeństwo, to niezły związek z kategorii friends-with-benefits, ale definiowalny jako ciągnięcie się na plecach drugiej osoby z jednoczesnym troszczeniem się o to, żeby nie spadać w dół. Pozorna troska podszyta głębszym celem.

House of Cards nazywają serialem politycznym, ale ostatni sezon zasługuje na miano sezonu psychologicznego. Naprawdę polecam, nawet jeśli wydaje się Wam, że polityka to nie Wasza bajka.

1. THE AFFAIR

Gigantyczne, olbrzymie, wielkie oczekiwania miałam względem drugiego sezonu tego serialu i z uśmiechem na twarzy mogę przyznać, że się nie zawiodłam. Nowa transza rozpoczęła się w październiku i pośród siedmiu wyemitowanych do tej pory odcinków nie było żadnego, który byłby nieudany. Początkowo ryzykowny wydawał się pomysł rozbicia serialu na cztery perspektywy, cztery punkty widzenia, ale w praktyce to jedynie dodało serialowi pikanterii, nowych spojrzeń na piętrzące się problemy.

Obsypany nagrodami, definiowany, jako serial obyczajowy, z raczej niszową oglądalnością, jak na zdobywcę Złotego Globa. To wciąż serial dla ludzi odważnych, pokazujący, że w gruncie rzeczy w życiu zawsze jesteśmy sami, że rodzina to przede wszystkim przysłowiowe zdjęcia, a uczucia do byłych partnerów nigdy nie wygasają. Drugi sezon odkrywa coraz więcej mrocznych tajemnic rodziny Lockhartów, pokazuje skomplikowane relacje z pozoru szczęśliwej pary, jaką tworzą Alison i Noah, siłę pieniądza i pokręcony świat naszych ludzkich emocji.

The Affair nadal pozostaje serialem dla ludzi odważnych, lubiących scenariusze, które dają do myślenia, niepozbawione życiowego sensu. Trudny, skomplikowany, wymagający, ale dobry pod względem gry aktorskiej, wspomnianego już scenariusza, ujęć i klimatu. Najlepszy w 2015.