Koniec roku wywołuje dziwne skłonności do podsumowań, rozliczenia się z tym, co ewentualnie nie poszło po naszej myśli i chwalenia się tym, co się powiodło. Natrafiłam na kilka takich podsumowań, jedne bardziej, inne mniej ciekawe i utwierdziłam się w przekonaniu, że ja takiego robić nie zamierzam. Dla mnie rok jeszcze się nie skończył!

Sylwestrowa noc nigdy nie była dla mnie szczególnie ważnym dniem. To, co ją wyróżnia to bogata oferta muzyczna w łatwo dostępnych stacjach telewizyjnych, wybuchy, huki i przerażone zwierzęta o północy i ewentualnie lampka szampana, którą kończę ten dzień. Dla mnie rok nie kończy się wraz ze zmianą cyferki na wyświetlaczu telefonu, zawieszeniem nowego kalendarza na ścianie, czy zamienieniem dawnego kalendarza na nowy.

Nie ma w tym nic z buntu, chęci bycia na przekór innym, czy próby załamania czasoprzestrzeni. Powód jest banalny, ale moim zdaniem racjonalny. Dla mnie rok kończy się cztery razy w roku. Jak to możliwe? Już wyjaśniam!

  • Zakończenie uczelniane. Jestem jeszcze studentką i więcej pracy na uczelni mam w styczniu i czerwcu niż w grudniu. Stąd też trudno mi podsumować ten odcinek życia już w grudniu, gdy tak naprawdę podsumowywać nie ma jeszcze czego.
  • Zakończenie prywatne. Odkąd pamiętam większe rozmyślania egzystencjalne, bilanse i rachunki sumienia robiłam w dniu urodzin niż 31 grudnia. Być może dlatego, że urodziny mam pod koniec lutego, więc całkiem niedługo, a może po prostu ten 31 grudnia nie jest mi tak bliski, jak 22 lutego.
  • Zakończenie zawodowe. Akurat w tej kwestii nie mogę kończyć roku według własnych założeń. Styczeń to miesiąc wdrażania nowych pomysłów, wizji, wyciągania wniosków. Ciężka, ale inspirująca praca.
  • Zakończenie blogowe. Mimo że ze statystykami staram się być na bieżąco, na głębsze analizy staram się sobie pozwalać dopiero w kwietniu, czyli w miesiącu, w którym powstał ten blog. Oczywiście kusi mnie, żeby zrobić to już teraz (bo wszyscy blogerzy pomalutku ujawniają już swoje niecne plany podboju internetu!), ale staram się pamiętać, że styczeń nie jest najlżejszym dla mnie okresem i znacznie przyjemniej będzie mi odłożyć analizy do kwietnia.

I tym sposobem okazuje się, że dla mnie rok naprawdę jeszcze się nie skończył. Nie będzie więc podsumowania, wyciągania wniosków, bicia się w piersi bądź stawiania dumnie piór niczym paw. Będzie za to podziękowanie! Dla Was.

Dziękuję za to, że w 2017 roku nie zapomnieliście o Medleyland.pl i odwiedzaliście go jeszcze chętniej niż w 2016 roku. Dziękuję za wszystkie rozmowy, krótsze i dłuższe, w komentarzach, w wiadomościach prywatnych, a nawet w mailach.

W styczniu pojawią się jeszcze trzy teksty podsumowujące 2017 – do tej pory pojawiły się dwa dotyczące moich ulubionych płyt i seriali, przez które zarwałam noce. 

Podobne Posty