Koncert Ellie Goulding stosunkowo długo nie znajdował się na mojej liście koncertów do zaliczenia. Bywała w Polsce, grywała dla polskiej publiczności, ale swoisty szał na jej twórczość przez pewien czas do mnie nie docierał. Jej muzyka rozbrzmiewała ze wszystkich stron, a to jeszcze za mało, aby mnie do siebie przekonać. Na szczęście z upływem czasu jej druga studyjna płyta w końcu odnalazła drogę do moich głośników i szybko doszłam do wniosku, że pewnego dnia miło będzie sprawdzić Ellie na żywo. A miało się to stać zupełnie nieoczekiwanie.

Gdy na miesiąc bądź dwa przed British Summer Time 2015 ogłoszono, że bezpośrednio przed gwiazdą wieczoru, Taylor Swift (relacja tutaj), wystąpi Ellie Goulding byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Nie często zdarza się, że supporty są interesujące. Najczęściej zdarza się, że supporty są piekielnie męczące, drażniące i nudne. Tym sposobem ekscytacja przed 27 czerwca osiągnęła apogeum!

Jestem Ellie

Na jej koncert przeznaczono zaledwie 50 minut w trakcie których wykonała dziesięć piosenek. Na scenę wyszła punktualnie, z pokaźnym zespołem i bardzo fajnym video-intro pokazującym ją szalejącą na scenie w trakcie rozmaitych koncertów ostatnich tras koncertowych.

Ilość członków zespołu była naprawdę imponująca, bo przecież, tak czysto teoretycznie, wykonując ten gatunek muzyki, Ellie mogłaby posiłkować się zaledwie jednym zwinnym djem. Ewentualnie dwoma. A tam na scenę wszedł z nią perkusista, klawiszowiec, basista, gitarzysta i dwuosobowy chórek, który odgrywał też rolę tancerzy. Cała orkiestra!

Ellie rozpoczęła zdobywanie Hyde Parku jednym z nowszych singli, piosenką Outside i przywitała się cichym „Cześć, mam na imię Ellie.” W trakcie całego występu zaledwie raz pokusiła się o dłuższą przemowę. Opowiedziała, że mieszka w pobliżu (w zasadzie to pokazała w kierunku Disney Store, więc może mieszka z Mickey Mouse!) i często biega po tym parku, więc w zasadzie to wyskoczyła z domu, żeby zagrać krótki koncert. Wspomniała też, że cieszy się, że może przyjaźnić się z Taylor i wystąpić przed nią w Londynie.

Była przy tym naprawdę bardzo urocza i nawet zaryzykowałabym stwierdzenie, że onieśmielona 65 000 tłumem. Zupełnie niepotrzebnie, bo ludzie świetnie reagowali na każdą piosenkę i każdą potrafili zaśpiewać. Chyba nie ma się czemu dziwić – ostatecznie to przecież jeden z topowych muzycznych towarów eksportowych Wielkiej Brytanii.

Dziewczyna z gitarą

Słuchając płyt Ellie pierwsze co rzuca ci się w uszy to jej charakterystyczna barwa głosu. Potem zastanawiasz się, jak radzi sobie na żywo z piosenkami, które tylko z pozoru wydają się łatwe.

Okazuje się, że na żywo brzmi jeszcze lepiej niż na płycie! Jej barwa głosu wydaje się być bardziej miękka niż na nagraniach wypuszczanych ze studia nagraniowego. A do tego żaden skok i podskok nie wpływa źle na jej możliwości wokalne. Gdyby nie pełne słońce – byłoby magicznie!

Alter ego Ellie, czyli szalona artystka biegająca i skacząca po scenie uaktywnia się za każdym razem, gdy jej zespół zaczyna grać każdy kolejny utwór. A potęguje się, gdy ona sama ma chwycić za pałeczki i wyszaleć się w Starry Eyed waląc w srebrne bębenki. Z resztą zupełnie podobnie dzieje się, gdy przed ostatnim refrenem Burn dopada elektrycznej gitary i pokazuje, że i w tym kierunku jest uzdolniona.

Ten bardzo energiczny koncert zwolnił tylko raz, na sam koniec, gdy oczywistym stało się, że światowy hit Love Me Like You Do rozbrzmi na do widzenia. Skłamałabym mówiąc, że właśnie na ten utwór czekałam – bardziej ucieszyło mnie Figure 8, Lights, Animal czy nowe w jej repertuarze Powerful, ale wnioskując po reakcji tłumu, wszyscy postanowili wyznać Ellie wielką miłość.

Pamiętam, że przyszło mi wtedy do głowy, że o ile wypowiadanie się o 50 Twarzach Greya jest raczej dość obciachowe, to ta piosenka stała się bardzo uniwersalna i Ellie nie może żałować decyzji o udziale w tym projekcie. A wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerowałyby, że powinna.

Odkryta na nowo

Nie wiem, czy idąc na British Summer Time byłam bardziej podekscytowana koncertem Ellie czy Taylor. Żadnej nigdy wcześniej nie wiedziałam na żywo, – bo oglądanie streamów czy nagrań na YouTube do głębokich muzycznych przeżyć koncertowych się nie zalicza – ale w duchu wiedziałam, że Ellie nie może mnie zawieźć. I nie zawiodła!

Na scenę wyszła skromna, utalentowana dziewczyna, która dobrze znała swoje miejsce w szeregu. Zrobiła show, ale nie próbowała skraść tego show Taylor, bo to był przecież jej dzień. Nawet stojąc na scenie podkreślała, że dziękuje ludziom za przyjście, a grając piosenki z pierwszej płyty sugerowała, że jej fani będą je znali, a reszta niekoniecznie.

Hyde Park podbiła już pierwszą piosenką i genialnie nastroiła wszystkich na ten najważniejszy koncert wieczoru. Mam nadzieję, że trzecia studyjna płyta ukaże się szybko, bo Ellie mistrzynią kolaboracji jest, ale nowe piosenki i nowa trasa koncertowa są bardzo wskazane.