Gdyby kilka lat temu ktoś zaproponował mi wysłuchanie całej płyty One Direction grzecznie bym podziękowała. Trudno mówić, że ich nie lubiłam, bo w ogóle ich nie znałam, ale nie czułam potrzeby, żeby to zmienić. Wiedziałam natomiast, kim jest Harry Styles i wydawało mi się, po niezbyt wnikliwych obserwacjach, że swoją charyzmą ciągnie zespół. I gdy tylko okazało się, że z 1D na razie koniec, wpisałam jego solowy album na listę płyt, których muszę posłuchać. Wiele osób się z tego śmiało. No bo przecież nie wypada czekać na płytę chłopaka z boysbandu… Zrobiłam to z dwóch powodów, a teraz mogę powiedzieć, że słusznie!

W ostatnich miesiącach rzadko zdarza mi się pisać teksty, w których cieszyłabym się z tego, że miałam rację. Jakoś tak się nieprzyjemnie składa, że większość płyt, na które czekam w jakimś sensie mnie rozczarowuje. Harry był taką czarną owieczką na mojej liście stworzonej pierwszego stycznia. Napisałam wtedy, jakże proroczo:

2017 to może być rok solowych płyt członków One Direction, ale to Harry ma szansę na wielki sukces

Tak, tak. Przewidziałam i te ukazujące się w ostatnich tygodniach falami solowe piosenki członków One Direction i ten wielki sukces pierwszej płyty Stylesa. Wszystko super, ale najbardziej cieszę się z tego, że album Harrego to płyta, na którą naprawdę warto było czekać. Na mojej liście, tej wspomnianej wyżej, znalazła się z dwóch powodów – po pierwsze wiedziałam, że promocyjnie wytwórnia/management nie zniszczą marketingowego potencjału Harrego i bardzo chciałam zobaczyć, w jaki sposób poprowadzą promocję, po drugie czułam, że ten album będzie dobry. Nie wiedziałam tylko, bo wtedy nikt o tym nie mówił, w jaką muzyczną stronę wybierze się Harry.

Najbardziej oczywisty wydawał się pop zbliżony do One Direction, ale podszlifowany pod poziom Justina Timberlake’a. O ile byłoby to nudne, to dobry pop zawsze łatwiej sprzedać do mainstreamu. Tymczasem Styles zrobił to, co robią ludzie odważni – rzucił dźwięki z komputera w kąt i zaprezentował światu siebie w wersji z wczesnego Davida Bowiego skrzyżowanego z Eltonem Johnem, z majaczącym w tle Mickiem Jaggerem.

I już na starcie zdeklasował swoich kumpli z One Direction, którzy aż tak odważni nie są i których solowe piosenki wciąż błądzą pomiędzy tym, do czego przyzwyczaiło ich One Direction. Za wcześnie, żeby album Harry Styles nazywać najlepszym debiutem 2017 roku. Chyba też za wcześnie, żeby wróżyć mu multum nominacji do najważniejszych muzycznych nagród roku, ale nie jest za wcześnie, żeby powiedzieć, że oto pan Harry Styles napisał nową kartę historii i na długo z muzyki popularnej nie zniknie.

A piszę to myśląc, że ta płyta jest tak bardzo mainstreamowa, jak bardzo mainstreamowa nie jest.

Ktoś napisał mi ostatnio w komentarzu na Facebooku, że zupełnie nie rozumie fenomenu popularności Harrego i tej płyty. Tymczasem według mnie tutaj nie ma nic do rozumienia. Istnieją dwie drogi – wydajesz płytę tak oczywistą, że nikogo ona nie zaskakuje albo wydajesz płytę tak nieoczywistą, że wszystkich zaskakujesz brzmieniem. Oczywiście myślę tutaj o muzykach, którzy, niczym Harry, mają coś światu do udowodnienia. Styles poszedł w tę drugą stronę.

Największe muzyczne rynki to kupiły, kupiły ten album, takiego Harrego. Dla mnie ważniejsze jest jednak to, że muzycznie tej płyty fantastycznie się słucha. Nawet w obliczu umiarkowanego entuzjazmu krytyków, którzy chyba oczekiwali czegoś bardziej… oczywistego?

Po premierze singla Sign of the Times Harry stał się bohaterem muzycznych szortów. Trochę go pochwaliłam, trochę wypomniałam sztuczki, ale ogólnie byłam pod wrażeniem. To wrażenie nieco siadło po usłyszeniu Ever Since New York w wersji live i studyjnej wersji Sweet Creature. Po tej drugiej bałam się, że cała płyta będzie mdła, bez pazura i charakteru. Do wersji live nie chciałam nawet wracać, bo występ w Saturday Night Live niestety niezbyt się Harremu udał.

Od niespełna dwóch tygodni Harry Styles jest moją ulubioną płytą 🙈🙊 Maja, co możecie sprawdzić tutaj.

Pech chciał, że jej premiera zbiegła się z premierą After Laughter Paramore, bo nie dość, że Styles odebrał im wszystkie potencjalne jedynki na listach, – i tak by ich nie mieli z tak niskim zainteresowaniem – to jeszcze odebrał im moją uwagę. No po prostu skandal!

Zastanawiałam się, które piosenki polecić i jednocześnie uznać za moje ulubione. Biorąc pod uwagę, że na płycie jest ich zaledwie dziesięć jest to jednocześnie łatwe i trudne zadanie. Na pewno dwie najmniej przeze mnie lubiane to From the Dining Table i Meet Me in the Hallway. Prawdopodobnie przez tempo wydają mi się mocno do siebie zbliżone w swojej liryczności. Sign of the Times, chociaż wiem, że działa tutaj efekt singlowego osłuchania, pozostaje tą najbardziej podniosłą piosenką na płycie. Mówiąc wprost – wyróżnia się.

W dokumencie pokazującym prace w studiu Harry bardzo się ekscytował chórem gospel, który zaangażowano do zaśpiewania tych najbardziej monumentalnych partii w piosence. Słusznie się jarał, bo ten jeden prosty myk wynosi ten kawałek na inny poziom, robi z niego wzruszającą balladę, ale nie ckliwą szmirę.

Ale jeśli już mamy rozmawiać o ulubieńcach to jest to Woman, Kiwi i Ever Since New York.

Już po pierwszym przesłuchaniu Harry Styles będziesz wiedzieć, dlaczego to właśnie Woman wymieniłam jako pierwsze, a Kiwi drugie. Ten sam kanon energetyczny, te same muzyczne inspiracje. Pamiętam, że po wysłuchaniu całej płyty te dwie piosenki zrobiły na mnie największe wrażenie. Pomyślałam wtedy, że nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że Harrego Stylesa można utożsamić z takim szorstkim, zadziornym brzmieniem.

Cieszę się też, że nie wracałam do pierwszej wersji live Ever Since New York, bo pewnie teraz nie pisałabym o tej piosence, jako trzeciej ulubionej. Nie da się ukryć, że na tej płycie przeważają ballady – od Sign of the Times w swojej pompatyczności, po Two Ghosts z gitarą akustyczną i nawiązaniami do Taylor Swift. Do mnie najbardziej przemawia jednak Ever Since New York.

Tak, najbardziej podobają mi się piosenki zamykające album, ale to tylko zbieg okoliczności. Nie powiedziałabym, że strona B jest lepsza od strony A. Rozkłada się to raczej po połowie, czego najlepszym przykładem są te dwie najmniej lubiane przeze mnie kawałki, z których jeden zamyka album, a drugi go otwiera. Może to miała być forma klamry? Może chodziło o spokojny początek i wyciszający koniec? Ja zdecydowanie bardziej wolę początki z przytupem!

Czekając na ten album nie spodziewałam się, że Harry zainspiruje się takim graniem. Graniem, które spokojnie mogłoby przywołać moim rodzicom ich młodzieńcze czasy. Ten pierwszy singiel mógł być tylko jednym, jednorazowym wybrykiem. Oglądając wspomniany już dokument making off doszłam do wniosku, że Harry też nie wiedział, w jaką idzie stronę. Czyżby te inspiracje latami 70. i 80. wyszły spontanicznie?  Chyba tak, bo Harry Styles nie brzmi na wymuszoną płytę stworzoną od linijki.

Ba, ona w ogóle mogłaby spokojnie uchodzić za repertuar nagrany przez zespół, a nie solowego artystę. Zespół naprawdę bardzo dobrze na tej płycie słychać, każdy pojedynczy instrument, każdą strunę, każdy klawisz. Lubię takie płyty! Całość brzmi inaczej niż większość współczesnego mainstreamu. Nie brzmi, jak płyta inspirowana solowymi sukcesami Justina Timberlake’a, ani jak album skrojony pod fanów Eda Sheerana.

Jeśli ktoś poprosiłby mnie o stworzenie listy płyt wydanych w 2017 roku, których nie wolno przegapić, z pewnością nie zabrakłoby na takiej liście tego albumu.

Zamów album „Harry Styles” tutaj

Podobne Posty