Żyjemy w kraju pełnym talentów. Młodszych i starszych, bardziej lub mniej ukształtowanych. Część tych talentów na zawsze pozostanie nieodkryta, inna część próbuje swoich sił w programach typu talent show. Emitują ich u nas dużo, a każdy taki program odsłania przynajmniej jedną barwną i interesującą postać godną naszej uwagi i obserwacji.

Już od kilku lat moim faworytem w kategorii programów szukających talentów jest The Voice of Poland. Uwielbiam jego formułę, nie przeszkadza mi dobór jurorów, prowadzących też przyjmuję bez większych problemów. Zarzut mam tylko jeden – zbyt mało odkrytych tam głosów można usłyszeć już po zakończeniu programu.

Co mi lata

O tym, że najlepiej jest dojść w programie rozrywkowym daleko, najlepiej do finału, ale dla własnego dobra programu nie wygrać, przekonali się już uczestnicy pierwszej edycji Idola. W teorii było to ponad dekadę temu, ale w praktyce nadal bezpieczniej jest po prostu się pokazać, dać poznać, odpaść z programu, a potem z szuflady wyciągnąć kilka perełek i zachwycić wytwórnię płytową.

Obecnie na debiutanckie płyty zwycięzców można czekać latami. Dobrym tego przykładem jest Mateusz Ziółko, który dwa lata temu został finalistą The Voice of Poland, ale nadal nie udało mu się wydać krążka. Na pocieszenie zostaje mu to, co muzycy ponoć lubią najbardziej – koncertowanie. Nie pytam już, kiedy ukażą się krążki laureatów dwóch ostatnich edycji, bo pewnie również nieprędko.

Zwiotczałe próby

Podobnych historii jest więcej, ale to The Voice of Poland jest chyba liderem w kategorii chętnie oglądanego show promującego ciekawych artystów, których debiutów próżno szukać w sklepach. Wyjątkiem okazały się w ostatnich miesiącach dwie wokalistki – Natalia Nykiel i Sarsa. Oczywiście nie wygrały programu, ale udało im się wypuścić materiał. W przypadku Nykiel mamy chyba do czynienia z odkryciem, które z polskiej sceny muzycznej szybko nie zniknie. I nie chodzi tutaj o zainteresowanie stacji radiowych, ale żywe zainteresowanie miłośników muzyki, którzy radio włączają od święta, a płyty kupują z byle okazji, a najczęściej bez okazji.

Wczoraj, w dzień gigantycznego wysypu nowych teledysków, pierwszy singiel zaprezentowało dwóch uczestników Voice’a – Ernest Staniaszek i Wojtek Baranowski. Panowie połączyli siły i wspólnie z przyjaciółmi występują pod nazwą Eleanore Krieger. W wolnych chwilach można ich usłyszeć w reklamie pewnej marki jogurtów, ale wiadomo, z czegoś żyć trzeba. Pierwszego singla doczekali się całkiem szybko, bo Ernest zakończył przygodę z The Voice of Poland w 2013 roku, a Wojtek w 2014.

Są dobrym przykładem na to, że pójście do programu typu talent show i zrobienie po nim zawrotnej kariery to w dużym stopniu kwestia przypadku. Po zakończeniu programu wydawało się, że znajdzie się marketingowiec, który wymyśli plan zarobienia na męskim wizerunku Ernesta. Kobiety kochają takich facetów i pewnie nie jeden sms został oddany właśnie z myślą o tym, że jest z niego niezłe ciacho. Trochę szkoda, że piosenka Ile pozostanie w nas odbiega od rockowego brzmienia, które w wydaniu tych Panów brzmiało obiecująco i mnie prywatnie zachęcało do śledzenia ich poczynań.

Od nowa

Od września w telewizji znów gorączka szukania talentów – w tym roku chyba liczba programów z uzdolnionymi dziećmi zrównała się z liczbą programów z uzdolnionymi dorosłymi. Uważnie śledzę nowe głosy w nowej edycji The Voice of Poland i czekam na kogoś, kto po zakończeniu programu – nie ważne, na którym miejscu go zakończy – stanie w jednym szeregu z Moniką Brodką, Krzysztofem Zalewskim, Anią Dąbrowską, Tomkiem Makowieckim, Dawidem Podsiadło i Natalią Nykiel.

Bo nawet jeśli debiut Sarsy to raczej nie to, czego oczekiwali od niej krytycy, dobrze jest zobaczyć, że uporczywe chodzenie na castingi do praktycznie wszystkich muzycznych programów w tym kraju jednak ma jakiś sens. A nadmiar kiepskiej muzyki w radiu wzmaga zachwyt nad tą ciekawszą, która przeważnie ukrywa się gdzieś za kulisami.

Podobne Posty