Katy Perry, jedna z największych gwiazd współczesnego popu. Jedna z najbogatszych żyjących piosenkarek, która wzbudza zainteresowanie każdym swoim krokiem i każdą zmianą fryzury. Dla nas jest jednak to przede wszystkim artystka, której muzykę poznaliśmy, i polubiliśmy, w 2008 roku. Wtedy Katy dopiero zaczynała swoją wielką, światową karierę. Trudno było przewidzieć, jak się potoczy, ile potrwa i czy w ogóle potrwa na tyle długo, żeby po dziesięciu latach od wydania jej pierwszego przeboju, piosenki I Kissed A Girl, ktokolwiek o niej pamiętał.

Właśnie od Katy Perry rozpoczynamy nowy cykl publikacji na blogu – Mój pierwszy koncert… . Rozmawiamy i wspominamy nasze pierwsze koncerty Katy Perry, przechodzimy przez różne etapy jej muzycznej kariery. Zabieramy Cię na wycieczkę do naszych wspomnień, przemyśleń i oczekiwań związanych z kolejnym koncertem Katy, na który się wybieramy.

Początek

Anja: Pierwszy koncert Katy Perry z moim udziałem to maj 2014 roku, podczas trasy promującej album Prism. Katy wystąpiła wtedy w O2 Arena w Londynie. Po kilku godzinach czekania w kolejce, na szczęście takiej znajdującej się w budynku, a nie na dworze, ustawiliśmy się w drugim, chyba w drugim, rzędzie na czubku sceny. Pamiętam, że przed koncertem, jeszcze nawet przed supportem, co kilka minut pokazywano na telebimie reklamę Prismvision, takich papierowych okularów, które miały specjalne szybki. Chodziło o to, że podczas jakiejś piosenki, mając te okulary na nosie, można było zobaczyć dodatkowe efekty świetlne. Irytująca była ta reklama, nawet teraz słyszę takie mechaniczne powtarzanie słów prismvision-prismvision. Oprócz niej była jeszcze reklama perfum Katy, to akurat było znośne.

Kot: Też byłem na tym koncercie, ale to nie był mój pierwszy koncert Katy. Ten miał miejsce we wrześniu w 2010 roku w Berlinie, gdzie Katy promowała Teenage Dream będąc gościem specjalnym targów technologicznych. Po oficjalnej części konkursowej w hali targowej i spotkaniu z fanami, M&G, odbył się malutki koncert w klubie Postbahnhof dla kilkuset osób.

Anja: Ile razy, do tej pory, widziałeś Katy na żywo? Mój pierwszy koncert to jak na razie jedyny.

Kot: W sumie cztery razy – dwa razy w cyklu promocyjnym Teenage Dream i dwa razy podczas trasy Prismatic. Wspomniany koncert w Berlinie był tak kosmicznym doświadczeniem, że postanowiłem już miesiąc później wybrać się na kolejny koncert do warszawskiej Stodoły.

Zapamiętanie

Anja: Koncerty Katy Perry zaliczają się do tej kategorii koncertów, które zapadają w pamięć. To są takie koncertowe przeżycia na najwyższym poziomie. Oczywiście dla każdego ten najwyższy poziom będzie oznaczał coś innego, ale w swojej kategorii, czyli współczesnych czołowych popowych piosenkarek, Katy Perry plasuje się chyba na pierwszym miejscu pod względem umiejętności zrobienia rewelacyjnego show.

Kot: Zgadzam się. Od czasu wielkiego sukcesu Teenage Dream Katy kojarzy się głównie z wielkimi spektaklami scenicznymi, ale zanim to się stało, świetnie radziła sobie także w roli artystki z „gatunku” singer/songwriter. Niestety tych drugich jest ostatnimi czasy jak na lekarstwo, ale niezależnie od formatu, Katy wypada na żywo fantastycznie i każdy jej występ na żywo zapada w pamięć.

Anja: Powiedziałabym nawet, że daje rewelacyjne show. Fajerwerki, confetti, latanie po całym obiekcie, w dosłownym tego słowa znaczeniu, dziesiątki tancerzy ubranych adekwatnie do piosenki, niezliczone dmuchane, plastikowe, metalowe elementy dekoracji sceny. Niewielu artystów, wbrew przekonaniu, że robi tak co drugi popowy muzyk, ma tak duże show! Kilka kreacji na samej Katy, co jedna to bardziej wymyślna. Wszystko to składa się na fantastyczne show, pełne niespodzianek i takie, które nie sposób jest ogarnąć wzrokiem w całości oglądając je po raz pierwszy.

Umiejętności

Anja: Wokół umiejętności wokalnych Katy jest dużo kontrowersji, ale umówmy się – na koncerty największych światowych gwiazd popu nie chodzi się po to, żeby cieszyć się nieskazitelnym śpiewaniem. To znaczy można iść z nadzieją, że wszystko będzie brzmiało dokładnie tak jak na płycie, ale podczas wszystkich koncertów dochodzi czynnik ludzki. Jedni artyści są na żywo dużo lepsi niż na albumach, inni są fatalni na żywo, a jeszcze inni łączą śpiew, taniec i interakcje z publicznością stawiając przy tym na dobrą zabawę. Do tej ostatniej grupy zalicza się Katy. Nie powiedziałabym, że koncert na którym byłam w 2014 roku dawał jej możliwość pełnego pokazania swoich wokalnych możliwości, ale mam też świadomość, że nie o to w tym chodzi. Katy śpiewała, owszem, potrafiła zaczarować w części akustycznej, gdzie jej głosu nic nie zasłaniało, ale podczas szybkich piosenek chodzi o połączenie musicalowych elementów z koncertem i tutaj nie ma miejsca, i czasu, na eksponowanie wokalnych talentów.

Kot: Na wczesnych koncertach Katy, to muzyka była na pierwszych planie. W centralnym punkcie stała Katy, na wielu piosenkach przygrywając sobie na gitarze i udowadniała, że jest muzykiem z krwi i kości. Z biegiem lat priorytet stopniowo przesuwał się z eksponowania muzycznych umiejętności na robienie „wielkiego show”, dochodziły kolejne elementy scenografii, tancerze, układy choreograficzne, efekty specjalne. Obecnie na jej koncertach jedynie krótki segment akustyczny jest namiastką takiego starego koncertu Katy. Dlatego wyjątkowo cieszę się, że miałem okazję zobaczyć ją na żywo dosłownie na moment zanim stała się światową megagwiazdą nr 1.

Anja: Te wszystkie, nazwijmy to skrótowo, fajerwerki, które wspominamy z koncertów Katy nie działałyby tak świetnie, jak działają, gdyby nie jeden ważny element. To coś, co ma Katy, charyzma i wdzięk. Atmosfera, jaką potrafi wytworzyć wspólnie z zespołem i tancerzami. Na te półtorej godziny przenosi człowieka w świat fantastycznej zabawy. Jest trochę, jak na genialnej imprezie urodzinowej, którą ogląda się w amerykańskich filmach i którą chciałoby się mieć, ale nigdy nie będzie się takiej miało. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że koncerty Katy to taka kwintesencja amerykańskiego luzu, odrzucenia trosk i zmartwień na bok, nie przejmowania się tym, czy w wieku 20, 30, 40 lat wypada śpiewać wesołe piosenki i biegać w kolorowych sukienkach.

Kot: Uwielbiam dystans Katy do samej siebie. Jej koncerty mają mnóstwo elementów wesołych, kolorowych, głupawych, ale robione jest to z przymrużeniem oka. Wszystko jest dokładnie zaplanowane, choreografia dopracowana w najmniejszych szczegółach, ale nie brakuje pierwiastku ludzkiego, elementu luzu, zrobienia głupiej miny, nawiązania niezręcznego dialogu z fanem. Jest to spektakl robiony z pompą, ale jednocześnie bezpretensjonalnie. Nie ma się wrażenia silenia się na nieszczere „jestem najlepsza na świecie”, co czasem razi choćby u Taylor Swift (i czego doświadczyliśmy na jej koncercie w Hyde Parku w 2015 roku).

Anja: Czasami żałuję, że nie wybrałam się na koncert Katy już wtedy, gdy promowała album Teenage Dream. Świetnie byłoby zobaczyć tą ewolucję-rewolucję koncertowej Katy. No ale tak samo żałuję, że nie wybrałam się na koncert Avril promującej Under My Skin i dziesiątki innych koncertów. Problem w tym, że wtedy nie za bardzo mi na tym zależało.

Kot: Ja żałuję, że nie widziałem Katy na żywo w okresie One of the Boys. Były jeszcze bardziej „old-skulowe”, niż pierwsze promo Teenage Dream przed trasą. Były momentami bardzo rockowe i nietrudno zauważyć, że taki format naturalnie pasował Katy najbardziej.

Przeznaczenie

Anja: Zawsze wspominając jakiś koncert przypominają mi się ludzie, którzy brali w nim udział. Nie konkretne twarze, a bardziej rozpiętość wiekowa. I tak stwierdzam, że koncerty Katy Perry są dla wszystkich. Myślę, że rewelacyjnie bawią się na nich dzieci, ich rodzice, ludzie bez dzieci i oczywiście młodzież. Jej muzyka ma w sobie coś takiego, co z jednej strony dźwiękami przyciąga do niej dzieciaki, z drugiej, gdy posłucha się tekstów piosenek, niekoniecznie każda z nich opowiada o cukierkach i żelowych misiach. Katy urządza rewelacyjne imprezy i jej koncerty są właśnie takimi imprezami.

Kot: Są to też koncerty po prostu dla tych, którzy nie wstydzą się, że ją lubią. Dla tych, którzy potrafią się dobrze bawić nie tylko w towarzystwie półlitrowej Żubrówki. Dla tych, którzy mają dystans do samych siebie. Dla tych, którzy lubią dobre popowe piosenki. Dla tych, którzy nie pasują do jakiegokolwiek schematu i celebrują swoje „dziwactwa”.

Wspomnienia i Oczekiwania

Anja: Koncert z 2014 roku wspominam z uśmiechem na twarzy. Jestem bardzo ciekawa, czym i czy w ogóle, Katy zaskoczy mnie w środę, na koncercie w Berlinie.

Kot: Koncerty w ramach trasy Prismatic, które zaliczyłem w 2014 i 2015 roku, to były jedne z najlepszych spektakli halowych, jakie widziałem. Podobało mi się, w jaki sposób zrobiono użytek z nietypowego kształtu sceny, tak horyzontalnie jak i wertykalnie. Duże wrażenie zrobiła na mnie wieloplanowość wizualna i dostosowanie przedstawienia do podziwiania go z różnych perspektyw. Przy tym całym pozornym chaosie nie zabrakło miejsca na śmiały kontakt Katy z fanami. Mam nadzieję, że tak będzie także na nadchodzącym koncercie w ramach trasy Witness.

Anja: Ja też! Album Witness oceniłam pozytywnie, bo przez pryzmat innych popowych płyt wydanych w 2017 roku jej wypadł w moich oczach naprawdę dobrze, ale na koncert idę zdecydowanie bardziej dla zabawy, tych fajerwerków, kreacji i musicalowej otoczki niż z chęcią posłuchania nowych piosenek na żywo. Idę w ciemno, bo staram się unikać filmików z koncertów, które już zagrała, żeby mieć niespodziankę.

Kot: Ciekaw jestem, jak wypadną moje ulubione piosenki z Witness, jak na przykład Déjà Vu. Ale wiem, że to będzie przede wszystkim wielki show, zupełnie inny od tego, zaprezentowanego podczas trasy Prismatic i ciekaw jestem, jakie asy Katy tym razem trzyma w rękawie. Też nie chciałem spojlować sobie tego doświadczenia, więc nie widziałem jeszcze żadnych materiałów z tej trasy. Najbardziej jednak czekam na to, czego jeszcze nigdy nie zabrakło mi na żadnym jej koncercie, na którym byłem – bezpośredniego kontaktu wzrokowego i wymiany kosmicznej, infantylnej energii, której nie ma w sobie żaden inny artysta!