Muzyczne szorty wracają po kilku miesiącach przerwy, które spędziłam na zasłuchiwaniu się w płyty, o których do września opowiadałam właśnie w szortach. Nowy rok, nowe nadzieje. Nowe muzyczne szorty, czyli kilka (mam nadzieję, że cotygodniowych) publikacji poświęconych świeżym singlom, które zapowiadają albumy ukazujące się w najbliższych tygodniach lub miesiącach. Przypominam, że wchodząc tutaj możecie podejrzeć moją listę muzycznych nadziei na 2018 roku, obszerny spis nazwisk artystów/zespołów, na których płyty czekam w tym roku.

Pierwsze muzyczne szorty po przerwie pewnie powinny być wystrzałowe, ale mam wrażenie, że są po prostu… obiecujące? Jest kilka słów o nowych singlach Justina Timberlake’a, Troye’a Sivana i nowej propozycji od Kylie Minogue. Znajdziecie tutaj też odpowiedź na pytanie, dlaczego Justin wciąż ma asa w rękawie i co robi na moim blogu Kylie.

Na nową płytę Justina czekałam od ubiegłego roku. Teraz wszystkie znaki mówią, że chłopak przeczekał jesienną dominację kobiet, sfinalizował kontrakt z organizatorami Super Bowl i dlatego dostaniemy ten album dopiero 2 lutego. Nie mam nic przeciwko, chociaż wyczuwam, że zamieszanie wokół tej płyty jest w zasadzie zerowe. Co patrząc na nazwisko Timberlake, markę i sukcesy wydaje się dziwne.

Być może wynika to z tego, co działo się w 2017 roku. Z jednej strony bardzo dużo premier tzw. “ważnych nazwisk”, z drugiej sporo rozczarowań. Najpierw długie oczekiwanie na płytę Katy Perry, po czym Witness przyjęto dość chłodno mówiąc, że Perry musi pomyśleć, co zrobić na kolejnej płycie, żeby wrócić na szczyt. Później przez pół roku słuchaliśmy zapowiedzi i wychwalań na temat materiału Taylor Swift. Ostatecznie reputation przyjęto cieplej niż Witness, ale trudno pozbyć się wrażenia, że tutaj też nie wszystko poszło po myśli choćby mediów, bo Swift w nich dziwnie mało. Możliwe, że właśnie dlatego przemysł muzyczny nie ma już ochoty dmuchać balonika wokół Justina. Możliwe też, że ludzie są po prostu zmęczeni takimi podjazdowymi artykułami, w których analizuje się wszystko, głównie to, co z muzyką nie ma nic wspólnego. Mam nawet poczucie, że wokół występu Justina na Super Bowl, jakby nie było największego telewizyjnego splendoru, jaki można dostać w Ameryce, też nie ma emocji. Może mężczyźni tworzą ich mniej? A może to też kwestia tego, że wszyscy są zmęczeni po intensywnej jesieni 2017?

Justin Timberlake wypuścił już dwie zapowiedzi płyty Man of the Woods, dwie piosenki, które są obiecujące głównie wtedy, gdy pomyśli się, że as wciąż musi być w rękawie. Na ten moment bardziej poruszają mnie przepiękne zdjęcia natury, jakie nagrano do spotu promującego ten album niż te dwie piosenki. Spot, zamieściłam go poniżej, jest wręcz magiczny, ale rozumiem osoby, które po jego obejrzeniu, i dowiedzeniu się, że na Man of the Woods mają pojawiać się brzmienia country, nie potrafią połączyć tych nagrań video z już dostępnymi singlami.

Tu należy się krótkie słowo wyjaśniania – Justin nie chciał być męską Dolly Parton. On chciał przemycić w nowoczesnym popie, i popie który tak lubi, elementy brzmień country. I te elementy wyodrębniono w materiale video z prac nad płytą, tam wyjaśniono, o co chodzi i jak to “country” należy rozumieć. Dobrze sobie uświadomić, że czasy, w których płytę dało się określić nazwą jednego gatunku muzycznego minęły dawno i bezpowrotnie.

Filthy czy Supplies?

Po przesłuchaniu dwóch pierwszych propozycji Justina jestem bardzo ciekawa całego albumu i wydaje mi się, że dopiero słuchając całości będzie tak naprawdę można powiedzieć, czy Justinowi udało się sprostać oczekiwaniom. A te są oczywiście duże, bo Justin uchodzi za to jedno z najgorętszych męskich nazwisk w muzyce rozrywkowej, na koncie ma sukcesy na tak różnym polu, że oczekuje się od niego, że wszystko, co pokaże będzie na wysokim poziomie, lepsze od tego, co pokazał wcześniej.

Na ten moment moim faworytem jest zdecydowanie Filthy. Od razu spodobało mi się otwarcie tej piosenki – lubię takie otwarcia z powerem, zdecydowane. Zaintrygowała mnie też końcówka, którą chyba śmiało można uznać za outro. Tych połączeń piosenek ze sobą w postaci właśnie takich kilkunastu sekundowych zakończeń jestem na Man of the Woods najbardziej ciekawa. Wydaje mi się, że na tym będzie opierała się ta wyjątkowość tego albumu.

Z Justinem zgadzam się na razie na pewno w jednej kwestii – zarówno Filthy, jak i Supplies są to piosenki, które dużo zyskują słuchane naprawdę głośno. Słuchanie ich nie w słuchawkach na uszach lub na kiepskich głośnikach kompletnie nie ma sensu. Mówię z doświadczenia!


Umknęło mi, że Troye Sivan wydał debiutancki album aż w 2015 roku. Przypomniałam sobie dopiero na chwilę przed premierą singla My My My. Ale myślę, że to dobrze, bo do nowych piosenek podeszłam na świeżo, bez wcześniejszego przypominania sobie, co Troye już wydał i też bez rozmyślania, co wydać mógłby. Od wczoraj można słuchać dwóch utworów, które znajdą się na drugiej studyjnej płycie Troye’a i z każdą kolejną piosenką rośnie mi apetyt.

Na razie, zresztą podobnie, jak w przypadku Justina, brakuje wielkiego wow, szczęki na podłodze i rozpływania się nad tym, co usłyszałam, ale zapowiada się bardzo nastrojowa, klimatyczna i emocjonalna płyta. Brakowało mi emocjonalności Troye’a, jego delikatnego głosu i wrażliwości. Słuchając The Good Side przeniosłam się w jakieś dalekie amerykańskie strony, na soundtrack dobrego filmu lub ewentualnie w odcinek Plotkary, do której, jako ilustracja, ta piosenka pasowałaby wprost idealnie.

Singiel My My My jest o tyle inny, że daleko tej piosence do nastrojowej ballady, chociaż trudno powiedzieć, żeby wokalnie Troye śpiewał tutaj jakoś agresywniej. Czuć styl z pierwszej płyty, co jednym może się nie podobać, bo przecież trzeba się rozwijać! A innych może ucieszyć, bo Sivan nie odchodzi tak daleko od swoich debiutanckich korzeni. Myślę, że to może być jedna z moich ulubionych płyt 2018 roku.


Zastanawiasz się, co w muzycznych szortach robi Kylie Minogue? Spiszę z wyjaśnieniem! Kylie jest tutaj na doczepkę, jako dodatek do dwóch płyt, na które czekam z niecierpliwością. Jej twórczość jest mi znana głównie, a może nawet przede wszystkim, z radiowych przebojów. A tych, jak wiesz, Minogue ma sporo. Umieszczam tutaj singiel Dancing, jako piosenkę będąca dowodem, że będąc w wieku Kylie można nie odcinać kuponów, nie bać się konkurencji młodszych koleżanek, a po prostu zrobić swoje. W dodatku troszeczkę eksperymentując, troszeczkę się wysilając i bawiąc się… country! Akurat w tej piosence jest ono słyszalne zdecydowanie bardziej niż u Justina.

Posłuchaj i potraktuj Dancing, jako ciekawostkę, którą Kylie powinna zdominować listy przebojów. Choć pewnie nie w USA, bo tam takie gitarowe granie z rytmicznym beatem na #1 miejsce Billboardu pewnie nie zawędruje. Tak czy owak warto mieć oko również na nowy album Kylie. Płyta nosi tytuł Golden i ukaże się 6 kwietnia. Może być tak pozytywnym zaskoczeniem, jak pierwszy od lat album Shanii Twain wydamy w 2017 roku, który też był dowodem na to, że nie trzeba być się z 20-to i 30-latkami, żeby pokazać swoją pozycję w muzycznym świecie.

 

Przegapiłam jakąś ważną premierę? O czyimś powrocie bądź debiucie nie wiem? Daj mi znać!