Daria Zawiałow ma wszystkie cechy, które powinny błyskawicznie wprowadzić ją do czołówki moich ulubionych polskich wokalistek. Gra z pazurem, ma pazur w głosie, chwyta za gitarę i potrafi też na niej zagrać. Nie unika kontaktu z ludźmi stojącymi (czy siedzącymi) pod sceną i potrafi ruszać się na scenie. Mimo to od kilku lat próbuję się do niej przekonać i zakochać w jej muzyce. Drugim etapem oswajania był koncert Darii w ramach cyklu Na Falach organizowanym nad Jeziorem Maltańskim w Poznaniu. Co roku pojawiam się na tych wydarzeniach i co roku zaskakuje mnie, w jak błyskawicznym tempie się rozrastają.

Pierwszy i ostatni raz widziałam Darię podczas zeszłorocznego Late Summer Festivalu. Z perspektywy czasu pamiętam tamten koncert naprawdę słabo, a sam festiwal przede wszystkim kojarzy mi się z nieprzestającym padać deszczem i rewelacyjnym koncertem Toma Odella. Daria była wówczas przed premierą drugiej studyjnej płyty, albumu Helsinki, który mógł albo umocnić jej pozycję na polskiej scenie muzycznej albo zrzucić ją na margines. Po kilku miesiącach od premiery mogę chyba uznać, że Zawiałow udało się utrzymać na fali, choć pewnie trzeci krążek pokaże, czy będzie to fala wznosząca czy jednostajna.

Nie pisałam wcześniej o albumie Helsinki, o debiutanckim A kysz! również nie, choć pamiętam, że słuchałam tej debiutanckiej płyty w dniu premiery. Nie pisałam dlatego, że po pierwszym przesłuchaniu nie nastąpiło drugie. Zupełnie nie dlatego, że jest to zła płyta – po prostu nie potrafię się wkręcić w repertuar Darii. Podczas poznańskiego koncertu znów doceniałam jej żywiołowość i urok osobisty. Żywe instrumenty, pełen zespół, gitarowe granie, jakie naprawdę lubię i którego naprawdę brakuje mi w nowościach, jakich słucham na co dzień. A jednak nie czuję się oczarowana i zachwycona. Może to jedna z tych sytuacji, w której zwyczajnie nie jest z artystą po drodze? Na jakiejś fali, której nie potrafię nazwać, nadajemy inaczej?

Fakt, że nagłośnienie koncertu dawało się nieco we znaki. Przez dwa bądź trzy pierwsze utwory zespół, a przynajmniej Daria, miał jakieś kłopoty z odsłuchami. Publiczność również skarżyła się na jakość dźwięku, podkreślając ze na przedzie nie było zbyt wiele słychać, po środku było lepiej a na tyłach tak sobie. Mnie, dzięki temu że zależało mi na zrobieniu zdjęć, udało się dostać do części przeznaczonej dla mediów i niemalże cały koncert spędzić bezpośrednio przed sceną. Tam nie spodziewałam się rewelacyjnego dźwięku. Nie było jednak najgorzej!

Urok, bądź zmora, koncertów Na Falach to lokalizacja. Osobiście uwielbiam fakt, że koncerty odbywają się nad jeziorem i na scenie na wodzie. Woda, muzyka, zachodzące słońce, zielona trawa… sielski jest to klimat. Stety, niestety coraz lepsze line-upy tych imprez, z roku na rok jest naprawdę coraz ciekawiej, sprawiają, że przychodzi coraz więcej ludzi. Pamiętam, jak jeszcze dwie edycje temu na poszczególne koncerty potrafiło przyjść kilkaset osób. Wtedy dużym zaskoczeniem była dla mnie, jak mi się wtedy wydawało, rekordowa frekwencja na koncercie Taco Hemingwaya. W piątek na koncert Darii przyszło, jeśli wierzyć jej postowi, 10 tysięcy ludzi.

W ocenianiu, na oko, liczby uczestników jestem naprawdę bardziej niż słaba (kilka lat temu gigantycznie przeszacowałam liczbę uczestników pewnego wydarzenia muzycznego w jednej z rozmów towarzyskich), ale nad Jezioro Maltańskie naprawdę zszedł tłum! Domyślam się więc, że niskie umiejscowienie sceny nie pomagało w jej obserwowaniu tym, którzy siedzieli bądź stali daleko. Wspominała o tym również Daria prosząc osoby stojące z tylu, żeby podskoczyły, aby mogła je zobaczyć. Ponoć jej to nie pomogło i wciąż widziała tylko pierwsze kilka rzędów, ale cóż poradzić… To miejsce takie już jest, a ja będę się upierała, że mimo niedogodności, to świetna lokalizacja.

Daria zjawiła się na scenie chwilę po 20:00 i zagrała ponad godzinny koncert. Nie zabrakło przebojów, czyli Malinowego Chruśniaka i Nie dobiję się do Ciebie. Pojawił się też cover zespołu Maanam, utwór Szare miraże, który z tego, co się zorientowałam wszedł już do jej stałego repertuaru. Rozbrzmiała tytułowa piosenka z nowego albumu, był singiel Szarówka. Były więc single i mniej znane utwory z jej dwóch studyjnych albumów. Była okazja, aby poskakać, co zresztą czyniono, można było poklaskać, ale też się pokołysać. Pewnie nie minę się z prawdą mówiąc, że był to najbardziej energiczny koncert tegorocznego cyklu Na Falach nad Maltą.

Wyszłam z terenu wydarzenia z przekonaniem, że jeszcze kiedyś spróbuję dać Zawiałow szansę, żeby mnie zaczarowała. Na razie pozostaje dla mnie artystką, która fantastycznie ubarwia polską scenę muzyczną, na którą bardzo nieśmiało wracają dziewczyny z gitarami i charakterystycznymi głosami (patrz: Marta Zalewska), ale jak to mówią, nic na siłę. Nie można być fanem każdego, nie da się godzinami słuchać wszystkich płyt, ale można się starać zrozumieć, na czym polega czyjś fenomen i dlaczego tysiące ludzi zafascynowało się czyjąś muzyką.

W przypadku Darii Zawiałow nie zmieniłam zdania od zeszłego roku – Daria wniosła świeżość, i szorstkość zarazem, jakiej na polskiej scenie muzycznej, w żeńskim wykonaniu, zaczęło brakować. I chwała jej za to! Fal między nami jednak nie ma, pozwolę sobie zacytować innego polskiego muzyka.

Podobne Posty