Marcowych przygód koncertowych ciąg dalszy! I to przygód, których nie planowałam z dużym wyprzedzeniem, ale bardzo się cieszę, że się wydarzyły. W sobotę w Poznaniu wystąpił amerykański zespół Papa Roach. Grupa, której słuchałam dekadę temu, do której nie wracałam, ale o której nie zapomniałam, bo jeszcze pracując w redakcji zapowiadałam premierę ich ostatniej studyjnej płyty, Who Do You Trust? z 2019. Do Polski przyjechali w ramach dużej, europejskiej trasy koncertowej wspólnie z Hollywood Undead.

W ubiegłym roku, ze względu na nadmiar obowiązków odstawiam życie koncertowe mocno na drugi plan. Chodziłam przede wszystkim na te koncerty, na których bardzo mi zależało, których nie chciałam przegapić. W tym roku wróciłam do korzystania z tego, że mogę chodzić na koncerty także po to, żeby poznawać nowych, mniej mi znanych, ale docenianych przez moich znajomych artystów lub artystów, których muzyki słuchałam przed laty.

Nie wiem, jak wiele z planów na ten rok się powiedzie, bo prawda jest taka, że koronawirus pokrzyżował moje pozostałe plany koncertowe na ten miesiąc, więc z dziewięciu relacji z marcowym koncertów ta, trzecia, jest ostatnią. W obecnej sytuacji oczywiście nie ubolewam nad takim, a nie innym obrotem sprawy, ale odczuwam wprowadzone zakazy nie dlatego, że czekają mnie dwa tygodnie w domu z dziećmi (bo ich nie mam), czy praca zdalna zamiast chodzenia do korporacji (bo do niej nie chodzę).

Zanim jednak wprowadzono zakaz imprez masowych w całej Polsce i większości krajów Europy, odbył się koncert Papa Roach. Zespołu, który jest w tej drugiej ze wspomnianych przeze mnie kategorii – słuchałam przed laty i przestałam. Nie mogę powiedzieć, że wyrosłam z ich muzyki, bo nigdy nie byłam wielką fanką, ale gdzieś na drodze poznawania nowych dźwięków, artystów, szukania tych inspirujących trafiłam na Papa Roach. Gdyby nie fakt, że grali w mieście, w którym mieszkam raczej nie zdecydowałabym się pojechać na ich koncert gdzieś dalej. Nie wiem, czy bym żałowała, ale na pewno nie żałuję, że sobotni wieczór spędziłam w Hali MTP3.

Hala MTP3 to takie miejsce, o jakim można powiedzieć, że zastępuje Halę Arena. Ta pamiętająca czasy słusznie minione od lat wymagała remontu i od lat, co jakiś czas, odmawiała współpracy. A ponieważ nie ma w Poznaniu drugiego obiektu o odpowiednio dużej powierzchni, tzw. duże koncerty robi się właśnie w Hali nr. 3 na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. Nie ma co udawać, że jest to idealne miejsce – nie jest, bo nie było budowane i przystosowywane do koncertów. Trzeba się po prostu cieszyć, że większe zespoły i artyści mają gdzie zagrać, gdy Sala Ziemi lub Hala MTP2 są za małe lub zajęte. No i jednak to bliżej niż do Areny…

W tym miesiącu miałam iść tam na jeszcze jeden koncert, w kwietniu na następny, więc dopiero przy kolejnej relacji będę mogła powiedzieć o dźwięku coś więcej. Na pewno było zdecydowanie zbyt głośno i niezbyt selektywnie, ale ponieważ nigdy wcześniej nie słuchałam na żywo Papa Roach trudno mi ocenić, na ile to wina leżąca po ich stronie

W komunikacie prasowym o tym koncercie napisano, że muzyka Papa Roach ewoluuje, ale wciąż ma w sobie coś z oldschoolowego grania. Trudno się z tym nie zgodzić, zwłaszcza, gdy spojrzy się na setlistę dość bogatą w piosenki z albumu Infect z 2000 roku. A tej dwudziestoletniej płycie naprawdę trudno odmówić mocy.

Koncert rozpoczął się od piosenki Dead Cell, po której rozbrzmiało Blood Brothers oraz Between Angels and Insects. W dalszej części zagrano także Broken Home i Last Resort, a więc aż pięć kompozycji z tej płyty. Trzeba przyznać, że album, choć już naprawdę stary, w wersji koncertowej wciąż sprawdza się rewelacyjnie. Być może właśnie dlatego, że muzycy się nie oszczędzają.

Panowie nie są coraz młodsi, ale nie jeden młody artysta może pozazdrościć im energii i kondycji.  Niezmiennie fascynuje mnie to, jak zespoły z naprawdę wieloletnim doświadczeniem nie spoczywają na laurach, wychodzą na scenę i dają z siebie wszystko. Jestem wielką przeciwniczką mówienia, że dawniej grało się lepiej, a młodzi grają teraz gorzej, ale naprawdę trudno tak nie myśleć, gdy tak wielu twórców na początku swojej kariery znika ze sceny po zagraniu 12, 15 piosenek o radiowych długościach. Usprawiedliwić potrafię jedynie tych z jedną płytą na koncie, ale takie 12-piosenkowe koncerty widziałam też w wykonaniu artystów z dwoma lub trzema krążkami na koncie!

Przez półtorej godziny niewiele było momentów wytchnienia, a takie naprawdę duże nastąpiło przy akustycznej wersji piosenki Falling Apart. Wówczas na scenie pojawiły się gitary akustyczne, a Jacoby mógł na chwilę stanąć w miejscu. W jednym momencie zachęcał fanów, żeby zrobili kółko i stare, klasyczne pogo. Nie wiem, czy wyszło i jak wyszło, bo z mojej perspektywy widziałam jedynie tłum rozchodzących się na boki, ale ludzi unoszących się nad tłumem było podczas całego koncertu kilka. Wszystkie, już złapane przez ochronę i bezpiecznie odeskortowane na płytę obiektu, zdawały się przeżywać jeden z najlepszych momentów w życiu.

I chyba rzeczywiście tak było, bo wracając do domu towarzyszył mi tłum wracający właśnie z koncertu Papa Roach. Jedni mówili, jak świetnie było zobaczyć tak energiczny koncert, inni z uśmiechem na ustach żalili się, że niedzielę spędzą z zakwasami, a jeszcze inni żartowali, że zaraz umrą na ból nóg. Czy można wymarzyć sobie lepsze wrażenia fanów po koncercie? Myślę, że nie.

Doceniam też, że Jacoby unikał zbyt długich przemów, moralizowania i rozwodzenia się nad sytuacją polityczną świata. Kilkakrotnie wspominał, że świetnie jest grać w Poznaniu, że polska publiczność jest świetna, czy że wiele lat temu poszedł na koncert i wtedy wiedział, że bycie muzykiem to właśnie to, co chce robić w życiu. Półtorej godziny solidnego grania, z kilkoma krótkimi przerwami na wyrażenie emocji i uczuć – szanuję!

Co jeszcze zabrzmiało w Poznaniu? Oczywiście w setliście nie mogło zabraknąć utworów z albumu wydanego w ubiegłym roku. Zagrano pięć kompozycji – Elevate, I Suffer Well, Feel Like Home, Renegade Music oraz tytułowe Who Do You Trust?. Nie mogło zabraknąć Scars i Born for Greatness z frazą We’re not nameless, we’re not faceless / We were born for greatness wykrzykiwaną przez fanów na koniec koncertu, co oczywiście robiło duże wrażenie. Łącznie zespół zaprezentował 18 utworów, uwzględniając solówkę na perkusji i cover Firestarter The Prodigy, na który Jacoby przebrał się w koszulkę z wizerunkiem zmarłego Keitha Flinta.

Nie wrócę do nałogowego słuchania Papa Roach, ale w tym miesiącu, mimo wszystkich wydarzeń na świecie, już dwukrotnie dzięki muzyce przeniosłam się do lat nastoletnich. Najbardziej wydarzyło się to na koncercie Artura Rojka, później na Papa Roach. Jestem za to bardzo wdzięczna, bo rewelacyjnie jest się oderwać od codzienności, zwłaszcza otoczonej takim szaleństwem, dzięki muzyce, pasji i energii lejącej się ze sceny. Papa Roach, to był doskonały koncert!