Od kilku lat Paweł Domagała jest głównym aktorem komediowym polskiego kina i polskich seriali. Wziął się niby znikąd, a rok temu wydał debiutancki album. Płytę długo wyczekiwaną, od serca i z serca, romantyczną, ale nie ckliwą i smutną. Od roku chciałam pójść na jego koncert, żeby przekonać się, ile jest prawdy w tym, że Paweł to drugi… Kortez. W piątek Paweł Domagała zagrał w Poznaniu, a mi trochę opadła szczęka.

Wszyscy ci, którzy porównują Domagałę do Korteza najprawdopodobniej mają na myśli kilka cech, które faktycznie ich łączą: debiutanckie albumy wydali w podobnym okresie, grają na gitarach akustycznych i śpiewają o miłości. Byłam na dwóch koncertach Korteza i mogę powiedzieć, że więcej podobieństw nie widzę. Ich koncerty to dwa kompletnie różne światy, dla mnie ze zdecydowaną przewagą w stronę Pawła.

Gdyby pewnego dnia Amy Macdonald zadzwoniła do mnie z pytaniem, z jakim Polakiem powinna nagrać duet, bo akurat jej się zamarzył, poradziłabym jej, żeby spróbowała zaprosić do współpracy Pawła Domagałę. Zanim pomyślisz, czemu znów piszę o Amy, i że mogłabym już dać spokój, szybko wyjaśniam… Temperament, poczucie humoru i zamiłowanie do gitarowych wariacji jest ich wielką siłą. Ich duet byłby mieszanką wybuchową, ale to temat na inne przemyślenia.

Okazuje się, że koncertowy Paweł Domagała to człowiek zabawny, wyluzowany, z dużym dystansem do siebie i jeszcze większą charyzmą.

Ze sceny leje się radość  w najczystszej postaci. Widać spełnienie i wdzięczność, że znaleźli się ludzie, którzy polubili jego muzykę. To wszystko jest szczere, niewymuszone, a jeśli jest wymuszone i nieszczere to Domagała jest genialnym aktorem. A tak na serio to myślę, że jeśli człowiek latami pracuje na to, żeby stać na scenie i grać dla ludzi muzykę taką, jaką chce to jego radość i zaangażowanie są autentyczne. Potwierdza mi to zachowanie wielu artystów, których twórczość znam, których widziałam na żywo, a którzy wiem, że nie zaczynali kariery muzycznej będąc nastolatkami.

Idąc do Sali Ziemi liczyłam na godzinny, maksymalnie 75-minutowy koncert z piosenkami z albumu Opowiem Ci o mnie rozbudowanymi o dłuższe solówki, kilka słów na ich temat i tłum piszczących kobiet. Z tym ostatnim trafiłam, z tym pierwszym w zasadzie też, ale do już wydanych piosenek dołączyło kilka, które znajdą się na drugiej płycie Pawła. Koncert trwał więc dłużej niż zakładałam, a repertuar uzupełniły dwie niespodzianki.

Pierwsza wyłoniła się już przy czwartej piosence, gdy nagle na scenę wskoczył Daniel Moszczyński. Trochę taki grom z jasnego nieba i pierwszy dowód na to, że liryczna i klimatyczna płyta nie oznacza melancholijnych koncertów. Daniel „podniósł” publiczność do góry, zachęcił do wspólnego śpiewania, przebiegł całą salę i wprowadził w koncert trochę życia, które do końca utrzymywał Domagała.

Tutaj znów nasuwa mi się porównanie do koncertów Amy, na które niektórzy idą licząc, że skoro płyty są relatywnie spokojne i pozbawione szybkiej stopy i elektrycznych gitar to znaczy, że koncerty też takie są. U Pawła niemalże każda piosenka została rozbudowana o dodatkową partię instrumentalną idącą albo w kierunkach country, albo grania, które spokojnie mogłoby się przerodzić w czysty rock. Słowem, i nóżka się rusza, i główka pracuje, a usiedzieć naprawdę trudno.

Druga niespodzianka nie była skierowana bezpośrednio do wszystkich uczestników koncertu, a do jednej uczestniczki. Paweł zaprosił na scenę Paulę, pod pretekstem wygrania jakiegoś konkursu. Ogólnie sytuacja była dość dziwna i od razu pachniało mi tym, co się ostatecznie wydarzyło, ale zawsze istniała szansa, że żartowniś Domagała po prostu wymyślił jakiś skecz.

Chwilę po zdezorientowanej Pauli na scenie pojawił się Pan, imienia niestety nie pamiętam i chyba nawet nie padło, który stanął przy mikrofonie. Tłum już wiedział co się święci i postanowił ośmielić go brawami. Pan zaczął przemawiać, łącząc romantyczne obietnice z trochę mniej sensownymi zdaniami aż wreszcie padło to wyczekiwane: czy zostaniesz moją żoną? Buzi, buzi, łzy w oczach i zeszli ze sceny.

Przyznam szczerze, że o ile wiem, że takie cuda zdarzają się na koncertach to jeszcze nigdy nie uczestniczyłam w koncercie, na którym ktoś się komuś na scenie oświadczył! Uczucie przedziwne. Z jednej strony, idąc za tłumem, ma się ochotę klaskać. Z drugiej, czułam dziwne zażenowanie i w duchu cieszyłam się, że nikt nie wpadł na pomysł, żeby odstawić taki cyrk dla mnie. Mam nadzieję, że pani Paula tak nie myślała, że była z tej kategorii kobiet, dla których były to wyżyny romantyzmu.

Atmosferę po zaręczynach udanie rozładował Domagała. Najpierw stwierdził, że się zestresował, potem dodał, że ta para nie może się rozwieźć, bo on bardzo dba o PR, a rozwód ten PR by mu zniszczył. Oczywiście, pomijając moje prywatne odczucia, szalenie miło z jego strony, że pozwolił na te oświadczyny, bo pewnie wielu śmiałków pisze, dzwoni i prosi, a niewielu artystów się godzi użyczyć cennego scenicznego czasu.

Ostatnią niespodzianką, już taką typowo muzyczną, było premierowe wykonanie kolędy 25.12, która trafiła na reedycję albumu Opowiem Ci o mnie. Jego premiera przypadała akurat na ten piątek. Muszę posłuchać tej piosenki w wersji studyjnej, ale bliżej Świąt, bo jeszcze te klimaty do mnie nie trafiają.

Koncert zaczął się kilka minut po 20tej i zakończył kilka minut przed 22gą. Piosenki z Opowiem Ci o mnie zabrzmiały, niektóre nawet dwukrotnie, ku uciesze fanów, którzy na bis pobiegli pod scenę. Bardzo sympatyczna sytuacja, kolejny dowód na to, że Domagała na stojąco, a nie na siedząco, też mógłby się rewelacyjnie sprawdzić.

Bardzo lubię gitarowe granie. Lubię piosenki o miłości, jak każda kobieta, choć myślę, że nie tylko. Jednocześnie mam pewną granicę tolerancji na piosenki o miłości i bardzo lubię energiczne granie zmiksowane z tym spokojniejszym, nastrojowym. Jeśli macie podobnie, zapraszam na koncert Domagały. Jeśli do tej pory kojarzyliście Domagałę tylko z roli Krzysztof Małeckiego, czas najwyższy to zmienić i przekonać się, że obok zabawnych ról ma też inne wcielenie.