Roztańczony Artur Rojek budzi pewne kontrowersje. Jest to o tyle zastanawiające, że jego debiutancka solowa płyta, album Składam się z ciągłych powtórzeń wydany w 2014 roku wcale nie należał do krążków gitarowych. Tymczasem wystarczyło wrócić po sześciu latach z singlem Bez końca, zatańczyć podczas występu w telewizji i zrobić to samo w teledysku, aby wzbudzić w niektórych obawy o brzmienie płyty Kundel. Co najlepiej zrobić z takimi obawami? U źródła sprawdzić, czy są one uzasadnione. We wtorek, 3 marca Artur Rojek zagrał przedpremierowo materiał ze swojej drugiej solowej płyty podczas wyprzedanego koncertu w poznańskiej Sali Ziemi. Moje pierwsze spotkanie z materiałem z albumu Kundel uważam za niezwykle owocne.

Ponieważ nigdy nie ukrywałam, jak wielką fanką Rojka i Myslovitz jestem, nie będę silić się na obiektywizm. Zastanawiam się nawet, czy byłabym w stanie napisać o nich naprawdę krytycznego. Wydaje mi się, że nie, ale podczas wtorkowego koncertu kilka razy uśmiechałam się sama do siebie słuchając tych nowych utworów. Z niecierpliwością czekam na wersje studyjne, bo mam ochotę zaryzykować stwierdzenie, że Kundel będzie ciekawszy od Składam się z ciągłych powtórzeń.

W koncertowej setliście znajduje się, jeśli dobrze policzyłam, sześć kompozycji z nowego albumu. Łącznie na płycie będzie dziesięć ścieżek, więc ponad połowę albumu już znam. W tym dwa single, Sportowe życie i Kundel, które w towarzystwie czterech nowych koleżanek brzmią najbardziej melodyjnie, najbardziej przyjaźnie radiu i najbardziej tanecznie. Choć koncert pięknie przypomniał, że Składam się z ciągłych powtórzeń też miewało wiele tanecznych momentów, mimo że Artur nie hasał wtedy po scenie tak, jak robi to teraz.

Przyznaję, jest to zaskakujące, zwłaszcza gdy pamięta się koncerty Myslovitz sprzed ponad 10 lat. Kto by wtedy pomyślał, że Artur Rojek potrafi się tak ruszać i mieć aż taki luz sceniczny? Odłożyć gitarę na większość koncertu? A jednak! Bardzo przyjemnie odkrywać nowe wcielenie muzyka, którego pracę obserwuje się od tak wielu lat.

Jestem też pewna, że w wielu momentach Artur żałował, że zdecydował się na siedzącą trasę koncertową. Być może taki był zamysł i koncepcja, ale trudno nie odnieść wrażenia, że to się nie sprawdza. Przez pierwszą połowę koncertu wszyscy siedzieliśmy na swoich miejscach, coraz bardziej bujając się w lewo i w prawo, starają się nie spaść z krzeseł przy tym bujaniu. Wyczekiwaliśmy jakiegoś magicznego słowa, zaproszenia do wstania czy sygnału, że możemy to zrobić. Wiem, brzmi to głupio, ale zasada siedzących koncertów jest taka, że się na nich siedzi, a gdy wstaniesz ochrona szybko poprosi Cię o to, żebyś usiadł, bo zasłaniasz osobom siedzącym za Tobą.

Siedzieliśmy więc słuchając singla Sportowe życie, siedzieliśmy oglądając Rojka tańczącego do Bez końca, siedzieliśmy też na balladowych utworach z nowej płyty… Siedzieliśmy tak jakieś dwanaście piosenek aż nagle przed zagraniem singla Beksa Artur przemówił. Spytał, czy zawsze tak siedzimy… Oryginalne dość pytanie, ale powiedźmy, że uczy się tej sztuki konwersacji z fanami od młodszego kolegi po fachu. I tym oto sposobem trzy kolejne piosenki, Beksa, Syreny i Sprzedawcy marzeń, czyli utwór z repertuaru Myslovitz, spędziliśmy stojąc, wreszcie dając upust emocjom. Jak się pewnie domyślacie podziałało to niezwykle oczyszczająco na atmosferę – nagle pojawiła się energia, wirująca po Sali Ziemi, magiczna i fantastyczna.

Nie mogę nie skomentować wykonania przeboju Sprzedawcy marzeń. Moje nastoletnie serce wyskoczyło wtedy z piersi i wewnętrznie uroniłam wiele łez. Nie słyszałam tej piosenki w wersji koncertowej przez dziewięć lat. I nie, nie jest to mój ulubiony utwór Myslovitz, nigdy nie był. Gdyby zagrano ten ulubiony pewnie leżałaby teraz pod kroplówką i tlenem. Mimo tego był to moment magiczny. Zdecydowanie bardziej niż następująca później, kultowa i uwielbiana przez fanów polskiej muzyki piosenka Długość dźwięku samotności. Ją Rojek zagrał podczas rejestrowanego koncertu w NOSPR, więc przewijała się na mojej playliście ilekroć sięgałam po to wydawnictwo.

Przed laty, promując album Składam się z ciągłych powtórzeń i dość intensywnie koncertując Artur unikał repertuaru Myslovitz. Było to w pełni uzasadnione, nie po to przecież żegnał się z zespołem, a później zdecydował pójść solową drogą, żeby grać kilku(nasto)letnie przeboje. Nigdy podczas jego solowych koncertów, a w czasie promocji Składam się z ciągłych powtórzeń byłam na kilku, nie brakowało mi piosenek Myslovitz. Cieszyłam się nawet, że w setliście pojawiają się covery albo Lenny Valentino. Jednak teraz naprawdę się cieszę, że są w koncertowym repertuarze, bo po prostu cudownie było je usłyszeć. Znów, po latach, odkurzyć i zakochać się na nowo.

Ile trwał koncert? Ponad półtorej godziny, ale mam wrażenie, że zaledwie chwilę. Okazuje się, że zagrano, jeśli dobrze policzyłam, osiemnaście lub dziewiętnaście piosenek. A ja zupełnie nie rozumiem, jak to możliwe! To imponująca liczba, ale podczas koncertu w ogóle nie było czuć, że minęło już tyle czasu. Setlistę wypełniały utwory z płyty Składam się z ciągłych powtórzeń, uzupełniały ją wspomniane już piosenki z albumu Kundel, który ukaże się już 13 marca, a całość dopełniały, oprócz dwóch piosenek Myslovitz, covery The Cure (Lovesong) i Tomása Méndeza (Cucurrucucú paloma).

Na scenie towarzyszy Arturowi trzech muzyków, nie ma tym razem żadnej kobiety w składzie, a żeńskie chórki puszczane są z taśmy. Mniejszy skład, czy nagrania z taśmy zupełnie mi nie przeszkadzają. Oprócz nich postarano się o ciekawą oprawę świetlną, która z dalszych rzędów musiała wyglądać jeszcze bardziej imponująco niż z trzeciego. Przed rozpoczęciem koncertu puszczana jest także krótka wypowiedź Artura, w której prosi, aby odłożyć telefony i cieszyć się muzyką. Prosi, aby nie nagrywać koncertu i nie robić zdjęć. Do tej pierwszej prośby się zastosowałam, drugą złamałam robiąc dwa zdjęcia, żeby mieć co wrzucić jako miniaturkę do relacji. Kilka profesjonalnych zdjęć od Teamu Artur Rojek można znaleźć tutaj.

Na koniec wypadałoby chyba zdradzić, co sądzę o tych kilku nowych piosenkach z płyty Kundel. Wspomniałam już, że Sportowe życie i Bez końca zdają się być najbardziej popowymi, roztańczonymi utworami na albumie. Jestem ciekawa, czy to się utrzyma, bo pozostałe cztery utwory miały w sobie kilka elementów przypominających mi twórczość Myslovitz – w tych wolniejszych wyłapywałam sposób śpiewania, który znam z albumów Myslovitz. Była też jedna piosenka z solidną, w porównaniu do Sportowego życia i Bez końca, gitarową partią. Tytułów nie podam, bo ich nie znam, ale wydaje mi się, że jedną z zagranych piosenek było A miało być jak we śnie. Najmniej pozytywne wrażenie zrobił na mnie tytułowy Kundel, którego refren zupełnie mi się nie spodobał, podczas gdy zwrotki były muzycznie naprawdę ciekawe.

Po koncercie z jeszcze większą niecierpliwością czekam na nowy album. To będzie dobry album. Wcale nie tak taneczny, jak się niektórym wydaje. Zdziwicie się.