W ubiegłym roku obiecałam sobie, że moim priorytetem będzie spełnianie koncertowych marzeń. Nie odkładanie na później udziału w koncertach artystów, których od dawna chciałam zobaczyć na żywo, bo nigdy nie wiadomo, czy będzie jeszcze ku temu okazja. P!nk była na mojej liście marzeń od naprawdę dawna, myślę że od co najmniej dziesięciu lat, ale nigdy wcześniej nie nadarzyła się możliwość, żeby zobaczyć ją na żywo. Albo miała przerwę w koncertowaniu, albo rodziła dzieci, albo grała za drogie koncerty, albo jeszcze coś innego. Gdy ogłosiła europejską część Beautiful Trauma Tour wiedziałam, że to jest ten moment. I świetna okazja, żeby zaliczyć pierwszy koncert w Warszawie i odwiedzić owiany (nie)sławą Stadion Narodowy.

Przez te wszystkie lata działalności PGE Narodowego bardzo wiele nasłuchałam się i naczytałam na temat tego, jak kiepski pod względem akustyki jest to obiekt. Chciałam przekonać się o tym na własnej skórze. Teraz mam już na jego temat zdanie i mogę wdawać się w niemające końca dyskusje na ten temat. Chociaż, gdy czytam opinie na temat koncertu P!nk dominują te, że tym razem Narodowy spisał się lepiej niż ma w zwyczaju. Pytam więc, czy to oznacza, że P!nk ma rewelacyjnych akustyków, którym udało się poskromić potwora, czy inni artyści mają fatalny team? A może w rzeczywistości nie jest wcale tak źle, jak się mówi? Na moje ucho było naprawdę w porządku. Byłam w tak wielu obiektach koncertowych, małych, dużych, otwartych, zamkniętych, że porównań i doświadczenia mi nie brakuje. Dźwięk podczas koncertu P!nk nie był najgorszym, jaki przyszło mi słyszeć w życiu. Był naprawdę dobry, jak na warunki i otoczenie, chociaż oczywiście byłam na o wiele lepiej nagłośnionych koncertach, jednak najczęściej były to kilka razy mniejsze wydarzenia. Tak czy inaczej – żeby przekonać się, czy Narodowy to faktycznie taka akustyczna porażka będę musiała wybrać się tam jeszcze raz.

Koncert P!nk miał być moim pierwszym koncertem w Warszawie. W praktyce okazał się być drugim, bo pierwszy zaliczyłam dzień wcześniej w Centrum Praskim Koneser, gdzie zagrała świetna jak zawsze Marcelina. O tym, dlaczego do tej pory nie byłam na żadnym koncercie w Warszawie, a odwiedziłam Berlin, Wiedeń, Pragę, Oslo i inne europejskie miasta napiszę w osobnym wpisie. Ten chcę poświęcić P!nk.

Niesamowicie spełnia się koncertowe marzenia, jakie ma się od wielu lat. To takie uczucie, jakby nie było się w swojej skórze, stało obok i obserwowało wszystko z pozycji drugiej osoby. Wewnętrzny dzieciak, który wiele lat temu słuchał Just Like a Pill i Runaway skacze z radości. A dorosły człowiek cieszy się, że mimo oberwania chmury, wielkiej ulewy i wiatru dotarł na miejsce niemalże suchy. Pierwotny plan dnia zakładał zjawienie się na miejscu o godzinie 15:00. Na szczęście plan się nie powiódł. Dzięki temu po pierwsze nie zmokłyśmy aż tak bardzo, a po drugie na marne nie stałyśmy kilka godzin. Dlaczego na marne? Dlatego, że wejście dla posiadaczy biletów na płytę było bramą 11, a wejście na płytę od strony głównego wejścia. Trzeba więc było przejść połowę terenu przed Stadionem, pięć kontroli (to akurat na plus!), żeby wejść na płytę obiektu. Jeśli tak wygląda to zawsze, tzn. trzeba tyle przejść od bramki do wejścia na płytę, ktoś powinien się zastanowić nad logiką takiej organizacji.

Gdy już wreszcie przeszłyśmy ten hektar i weszłyśmy na płytę okazało się, że nadal mamy bardzo dobre miejsca! Takie, jakie ja lubię najbardziej, czyli na wprost sceny, prawie przed wybiegiem P!nk, dzięki czemu można było oglądać ją z każdej strony i bez trudu podziwiać oprawę koncertu. Jak na fakt, że dotarłyśmy na miejsce po 17tej, pół godziny po otwarciu bram, stanie w siódmym rzędzie uważam za duży sukces. Było to idealne miejsce także dlatego, że przez większość koncertu P!nk znajdowała się na wybiegu.

P!nk-pge-narodowy

Słów kilka o supportach muszę powiedzieć, bo trzy to dawka zabójcza. Najpierw DJ KidCupUp, później zespół Bang Bang Romeo (naprawdę przyjemne gitarowe granie), później znów DJ, następnie Vance Joy (chłopak ma talent, ale też umiejętność pisania piosenek na jedno kopyto), następnie znów KidCutUp. Doświadczenie męczące, nużące i sądząc po reakcjach tłumu również irytujące. Nie pomagał nawet fakt, że KidCutUp wrzucał do swojego setu przeboje Queen oraz lokalne, np. Mniej niż Zero Lady Pank i My Słowianie Cleo i Donatana. Na domiar złego występ P!nk rozpoczął się kilka minut po 21:00, a więc mniej więcej 15 minut później niż zakładał plan ramowy. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że to właśnie przez to opóźnienie P!nk skróciła występ o jeden utwór.


Przeczytaj też: Albumem Hurts 2B Human P!nk udowadnia, że wciąż potrafi!


Koncert rozpoczął się, uwaga zaskoczenie, od singla Get the Party Started. Utwór idealny, wszak już sam tytuł wypycha go na przód setlisty. Był to też pierwszy moment, żeby podziwiać akrobatyczne możliwości P!nk, z których słynie i które ewidentnie uwielbia. Było wiszenie na żyrandolu, wspinanie się i spadanie. Później kolejna piosenka obowiązkowa, a więc Beautiful Trauma, tytułowy utwór z poprzedniej studyjnej płyty i zarazem nazwa trasy koncertowej. Następnie klasyczne, uwielbiane i kultowe Just Like a Pill i równie kultowe, choć ciut młodsze, Who Knew. Zaczęło się więc z przytupem, chociaż ostatecznie setlistę zdominowały balladowe kompozycje. Duża w tym zasługa dwóch ostatnich płyt, na których jednak takie spokojniejsze brzmienia dominują, a kolejna w tym, że dwa z trzech coverów, jakie wykonuje piosenkarka to także ballady – mam tutaj na myśli utwór River Bishop Briggs i Time After Time Cyndi Lauper.

Zanim jednak przeszliśmy do kołysania się i zapalania latarek w telefonach P!nk zaśpiewała Funhouse i Hustle, które na żywo brzmi o niebo lepiej niż w wersji albumowej! To jedna z tych piosenek, których obecność na płycie usprawiedliwia tylko fakt, że na koncertach będzie wprawiała ludzi w dobry nastrój. Później rozbrzmiała Secrets i przeszliśmy do pierwszej wolniejszej części koncertu. Tutaj pojawiło się Try, z układem choreograficznym znanym z teledysku, Just Give Me a Reason, ballada której nie jestem miłośniczką oraz wspomniany już cover River. Całość zamknęło wykonanie Just Like Fire, jednej z moich ulubionych piosenek P!nk i jednocześnie jednego z tych utworów, które pochodzą z soundtracku, a brzmią rewelacyjnie!

Po zaśpiewaniu starszych kompozycji przyszedł czas na nowości, ale nadal w spokojnym tempie. Na ekranie pojawił się materiał video zatytułowany Women are Strong będący zlepkiem starszych i nowszych materiałów wideo, na których P!nk opowiada o swojej działalności na rzecz innych, o sobie, o swoich zmaganiach z tym, jaka jest i jak jest postrzegana. Był to wstęp do kolejnej piosenki, singla What About Us. Ponownie z choreografią znaną z innych występów P!nk, później piękne For Now i jedna z cudowniejszych ballad z albumu Hurts 2B Human, 90 Days z gościnnym udziałem Wrabela. Szalenie miło było zobaczyć go na scenie PGE Narodowego. Wykonanie było bardzo emocjonalne, do tego stopnia, że P!nk zaczęła płakać.

Następnie przyszedł czas na spędzenie kolejnych kilkunastu minut na wybiegu. Najpierw P!nk towarzyszył gitarzysta i wykonali wspólnie Time After Time, później Walk Me Home, a następnie dołączył do nich zespół i zabrzmiało I Am Here. Właśnie tak wyobrażałam sobie ten utwór w wersji koncertowej – stonowany, wybuchający w refrenach, z wtórującym tłumem i skaczącą w rytm, z wielkim uśmiechem na twarzy P!nk. Na koniec tej części koncertu P!nk wykonała piosenkę F*cking Perfect, a na ekranie pojawił się cudowny materiał.

Bardzo prosty w realizacji, bo składający się jedynie z plansz i podłożonego przez P!nk głosu, w którym opowiedziała anegdotkę z życia jej i jej córki, gdy ta wyznała jej, że czuje się brzydka i wygląda jak chłopiec, na co P!nk zwróciła jej uwagę, ze też tak wygląda a mimo to się nie zmienia, a na jej koncerty na całym świecie przychodzą dziesiątki tysięcy ludzi. Córka P!nk pojawiła się też na scenie, gdy przedstawiano zespół i tancerzy – Willow wybiegła jako ostatnia, z wielkim uśmiechem na twarzy, pobiegła w objęcia mamy, pomachała do tłumu i zbiegła za kulisy.

Dzieci P!nk jeżdżą z nią w trasy koncertowe. Swego czasu artystka dość regularnie pokazywała fragmenty ich trasowego życia w mediach społecznościowych, ale znaleźli się serdeczni krytycy, którzy wytykali jej wszystko, głównie to czego wytykać się nie dało, więc P!nk ograniczyła swoją aktywność do pokazywania przede wszystkim siebie. Szkoda, bo jej posty pokazywały mi, że są jednak na świecie rodziny artystyczne, które potrafią połączyć pracę i liczne wyjazdy z życiem osobistym.


Przeczytaj też: P!nk – Beautiful Trauma jest jednocześnie beautiful i trauma


Na zakończenie koncertu wybrano cztery szybsze utwory, żeby wyskakać się na dobre. Było Raise Your Glass, bardzo energetyczna i energiczna piosenka i jednocześnie bardzo charakterystyczna w brzmieniu dla P!nk, Blow Me (One More Kiss) i Can We Pretend z najnowszego albumu, a na bis utwór So What. To był ten moment, w którym piosenkarka wzbiła się w powietrze, żeby pofruwać nad fanami i zwiedzić Narodowy z powietrza. Oczywiście robiło to wielkie wrażenie, bo oprócz samego latania robiła też swoje akrobatyczne sztuczki, machała do fanów, uśmiechała się i śpiewała.

Śpiewała przez cały koncert, niezależnie od tego, czy trzymała w ręce mikrofon czy miała go przymocowanego za uchem. Śpiewała, gdy wspinała się po żyrandolu i gdy rzucała się na podłogę w nowoczesnym układzie tanecznym. Śpiewała na żywo, z pomocą chóru i półplaybacku, tylko na początku koncertu nie wchodząc w odpowiednim momencie, co mogło być spowodowane problemami technicznymi. Oczywiście wielkie wrażenie robi kondycja P!nk – wokalna i fizyczna.

Mimo że lał się z niej pot, śpiewała czysto, nie dyszała (jest taka artystka, która tańczy mniej a sapie bardziej), biegała za kulisy przebierać się w niezbyt przewiewne ubrania i krótko mówiąc, dawała z siebie wszystko. Ma za sobą świetny zespół, świetnych tancerzy, bardzo utalentowanych ludzi, którzy sprawiają, że koncerty Beautiful Trauma Tour są wyjątkowe. Z pewnością dopracowane w każdym aspekcie, choreograficznym, muzycznym, wizualnym. Fakt, że w każdej piosence P!nk ma jakiś element układu tanecznego – poza akustycznym segmentem – pokazuje, jak bardzo jest to przemyślane widowisko.

Oczywiście nie zawsze tańczy dużo. Z resztą ona też nie udaje, że jest Britney Spears z początków kariery i nie ma szalenie wymyślnych układów. Opierają się one głównie na podnoszeniach i akrobatyce, ale jest to coś charakterystycznego dla P!nk i to wyróżnia jej koncerty na tle koncertów innych artystek.

Dla osób, które tego typu występ widziały po raz pierwszy – dużą produkcję popowego, mainstreamowego artysty – całość musiała być pozytywnym zaskoczeniem i z pewnością wywoływała efekt wow. Słyszałam nawet opinie, że był to lepszy pokaz niż ten w wykonaniu Beyoncé, w co akurat jestem w stanie uwierzyć w ciemno. Dla mnie jednak liderką w rankingu artystek dających niezapomniane koncerty, tworzącą muzyczne show z elementami musicalu, teatru i sztuk wizualnych jest Katy Perry.

U P!nk jest więcej elementów rockowego grania, więcej nastawienia na śpiewanie i granie na gitarach, więcej też podchodzenia do fanów, przybijania piątek, zbierania rzucanych pluszaków, gadania i innych form interakcji. Wynika to z tego, że chociaż P!nk lata pod sufitem i ma układy choreograficzne, ma też zostawione dużo miejsca na swobodę i niewyreżyserowane gesty. To z kolei daje poczucie, że koncert jest spontaniczny choć w rzeczywistości zaplanowana jest każda minuta.

Ogromnie się cieszę, że po tylu latach udało mi się spełnić marzenie i posłuchać P!nk na żywo, zobaczyć na własne oczy jej zaraźliwy uśmiech i bijącą od niej energię. P!nk wskakuje na #2 miejsce mojego prywatnego rankingu najlepszych popowych koncertów, na jakich byłam w życiu.