W poniedziałek Troye Sivan ogłosił europejską trasę koncertową, która wystartuje w lutym 2019 roku i będzie promowała jego najnowszy studyjny album. O płycie Bloom miałam napisać już we wrześniu, ale tego nie zrobiłam. Wytłumaczenie jest banalne – wciąż czuję, że słuchałam tego albumu zbyt mało, że nie poświęciłam mu wystarczająco dużo uwagi. Sęk w tym, że identycznie myślę o innych tegorocznych premierach. Pewnie dlatego ostatni Shortext był w sierpniu…

Zapowiedź koncertów to jest dobry moment, żeby wreszcie poruszyć temat tego albumu. A przynajmniej wystarczająco dobry, bo lepszego chyba nie będzie. Lista ogłoszonych dat jest do sprawdzenia tutaj. Czy jest pełna i ostateczna? Nie wiem, ale wiele wskazuje na to, że tak. Mnie kusi, żeby wybrać się do Londynu, Berlina lub dosłownie gdziekolwiek, bo mam ostatnio tak wielki niedosyt podróżowania, że pojechałabym wszędzie. Zmierzam do tego, że Troye jest wart, aby wyruszyć za nim w Europę.

Choć wiem, że nie każdy się ze mną zgodzi, zwłaszcza po przesłuchaniu albumu Bloom. Płyta jest następcą wydanego w 2015 roku Blue Neighbourhood, które pamiętam, że poznałam dość późno. Ostatecznie debiut Troye’a urzekł mnie przede wszystkim jego subtelnym wokalem oraz tym, że muzycznie, choć bardzo nowoczesny, nie brzmiał jak album, który ktoś na siłę próbował wpasować w popularne od kilku lat brzmienia.

Nie jest niczym nowym stwierdzenie, że debiutanci starają się upodobnić brzmienie i charakter swoich płyt do panujących trendów, do artystów których podziwiają czy do płyt, które im samym wydają się genialne i doskonałe. Większość takich debiutantów znika błyskawicznie, niektórym udaje się zostać na dłużej, ale stają się więźniami jednego przeboju.

Troye natomiast ma w sobie coś, co sprawia, że chce się go słuchać, chce się z nim płakać, marzyć i dorastać.

Z albumem Bloom też tak jest, choć Blue Neighbourhood postawiło poprzeczkę na tyle wysoko, że siłą rzeczy Sivanowi mogło nie udać się przekonać do nowego albumu grupy fanów debiutanckiego krążka. Muzycznie powiedziałabym, że Bloom jest mniej zaskakujące, ale tutaj zrzucam winę na efekt świeżości oraz fakt, że w 2016 roku byłam zdecydowanie mniej przesycona popem, elektroniką i współczesnym brzmieniem. Obecnie, w tym gatunku naprawdę trudno mnie zaskoczyć, czego najlepszym przykładem są wszelkie nowości od Charli XCX, które z reguły do mnie nie trafiają oraz fakt, że nawet nie ciągnie mnie do poznawania świeżych nazwisk na rynku.

Single z Bloom były częstymi gośćmi Muzycznych szortów, a to tylko dowód na to, że płyta już od momentu premiery pierwszego singla trafiła na moją prywatną listę albumów wyczekiwanych w 2018 roku. W jednym z tekstów pisałam, że po wysłuchaniu The Good Side i My My My! nie powaliło mnie na kolana, że Troye w zasadzie niczym mnie nie zaskoczył. Była to prawda i w jakimś sensie jest nią nadal, ale zmieniła się podstawowa rzecz – od tamtej pory mogłam wysłuchać całego albumu, a pierwsza rzecz, która zainteresowała mnie po przesłuchaniu dziesięciu utworów to znalezienie informacji o autorze tekstów.

Okazało się, że Sivan nie pisze ich sam, jest współautorem. Jakie to ma znaczenie? Duże, bo Bloom to płyta opowiadająca historię. Historię młodego człowieka, Troye jest dwa lata młodszy ode mnie, który dorasta, dojrzewa, poszukuje siebie, znajduje i próbuje się w tym odnaleźć. Może brzmi to banalnie, bo od wieków ludzie piszą na ten temat wiersze, książki i teksty piosenek, ale we współczesnej muzyce rozrywkowej lubię albumy, które nie są zlepkiem przypadkowych kompozycji, utworów pisanych przez lata albo wyjętych z szuflad znanych producentów, którzy niczym Google mają przygotowaną piosenkę idealną dla każdego artysty, na skinienie palca, za kilka tysięcy dolarów plus dożywotnie tantiemy.

Bardzo chętnie wracam do Bloom i gdy myślę o moich ulubionych płytach tego roku zastanawiam się, czy ten album się na niej znajdzie, czy jednak nie. Decyzja nie jest jeszcze podjęta, ale wszystko jest możliwe. Właśnie dlatego, że chętnie włączam ją ponownie, choć nie uważam jej za najlepszą muzycznie płytę, jakiej słuchałam w tym roku rozważam, czy nie uznać jej za jeden z tych naj krążków 2018 roku. Czasami się śmieję, że robię się stara, bo lubię wracać do spokojnych, refleksyjnych i melancholijnych płyt. Myślę, że lubię wracać do Bloom dlatego, że ten album mnie nie męczy. To nie jest płyta, która atakuje ze wszystkich stron dźwiękami, ma przesadzone aranżacje, a wokal schowano za perkusją z komputera.

Troye śpiewa w ten charakterystyczny dla siebie sposób. Spokojnie, emocjonalnie, ale też nie jest to emocjonalność poziomu Korteza, gdzie mam ochotę rzucić się z mostu i płakać nad życiem obcego mi człowieka. Wręcz przeciwnie. Przy Bloom można, a wręcz należy, się uśmiechnąć. To taka płyta która oferuje pełen wachlarz emocji. Wystarczy posłuchać tytułowej piosenki czy wspomnianego już My My My!, żeby zrozumieć, o co mi chodzi.

Natomiast jeśli macie ochotę się rozmarzyć i wzruszyć polecam posłuchać opartej na fortepianie piosenki Postcard. Proponuję też sięgnąć po What A Heavenly Way To Die, już nieco bardziej komputerowego kawałka, ale to idealny przykład potwierdzający te wszystkie argumenty, które wymieniałam wyżej – nie ma tutaj przesady w produkcji, niczego nie ma za dużo, wszystko jest idealnie wyważone. Od wokalu po instrumenty, chórki, a dodatkowo pięknie wpleciono w nowoczesne brzmienie klasyczny instrument. To jest jedna z tych piosenek, które nucę przez kilka dni, nie mogąc wyrzucić jej z głowy.

Jeśli jakimś cudem nie znacie jeszcze Troye’a to proponuję zmienić to jeszcze dziś. Choćby włączając głośniki i słuchając jednej z piosenek, które dodałam do tego tekstu. Wiem, że jego wizerunek, delikatność i sposób przekazywania emocji nie trafią do każdego, to zrozumiałe. Kiedyś sama stawiałam na bardziej męskie wokale i elektryczne gitary, ale teraz chętnie mieszam mocne z delikatnym i sprawdza się to rewelacyjnie.

Album Bloom można kupić tutaj.