Od tego trzeba zacząć, że w życiu tylu muchomorów nie widziałam! Są zdecydowanie bardziej fotogeniczne niż te jadalne, ale to przecież nie dla nich wstaje się w środku nocy, ubiera kalosze i walczy z insektami.

Grzybobranie ma w pakiecie mnóstwo atrakcji, których szczerzę nie znoszę. Od wszelkiego rodzaju robaczków i owadów na pająkach kończąc, których w lesie nie brakuje, a których w życiu codziennym nie cierpię. A mimo to, i mimo że bliżej mi do sowy niż skowronka, chodzenie po lesie kojarzy mi dobrze i sprawia mi przyjemność.

Uwielbiam zbierać grzyby, chociaż nie lubię ich jeść. Do tego stopnia, że nawet z wigilijnej kapusty wybieram grzyby. Gdyby można było pozbierać grzyby i tak, jak w tej grze z dzieciństwa, Grzybobranie, powkładać je z powrotem w runo leśne, pewnie bym tak zrobiła. Ale ponieważ tak nie można to lądują na talerzach tych, którym ich obślizgła struktura nie przeszkadza…

W chodzeniu po lesie, w szukaniu grzybów jest ta mała nić rywalizacji. Kto zbierze więcej? Kto znajdzie pierwszego? Kto znajdzie większego? Tak sobie myślę, że obok zapachu lasu, który bardzo lubię, chyba ten cień rywalizacji to jest to, co w zbieraniu grzybów lubię najbardziej. No i oczywiście zdjęcia, to kolejny z powodów, dla którego grzybobrania bardzo mi się podobają. Grzyby, wrzosy, światło przebijające się przez konary drzew, lekko oświetlone liście, kropelki rosy… To wszystko wygląda po prostu fantastycznie! Powiedźcie, że nie? 🙂