Odkąd wróciłam z Dublina większość mojego feedu regularnie zasypują wieści o fantastycznych koncertach Biffy Clyro na Wyspach. Dziennikarze rozpisują się, że to triumfalny powrót i wyborna forma. W pełni się z nimi zgadzam i wciąż zachodzę w głowę, dlaczego aż 15 lat odwlekałam zobaczenie Szkotów na żywo. Czasu nie cofnę, ale kolejnych 15 na powtórkę też czekać nie będę! 10 stycznia zagrali w 3Arena w Dublinie, gdzie przywiało mnie na pierwszy koncert w 2026 roku i niewykluczone, że jeden z najlepszych w tym roku!
Mocne słowa, mam tego świadomość, ale już po pierwszych kilkunastu sekundach wiedziałam, że trafiłam na doskonały koncert – tym bardziej zgadzam się z nagłówkami zagranicznych mediów. Szybka matematyka i sprawdzenie faktów mówi, że zaczęłam interesować się muzyką Biffy Clyro w 2010 roku. Wtedy jedną z moich ulubionych płyt było Only Revolutions, z kultowym już singlem Many of Horror. Z tej płyty pochodzi też Bubbles i The Captain. Biffy słuchałam wtedy sporo, ale tak naprawdę do dziś moim ukochanym albumem pozostaje Balance, Not Symmetry z 2019 roku, czyli płyta z muzyką do filmu o tym samym tytule. Zespół nigdy nie wyruszył z nią w trasę i nie gra jej na koncertach. Na szczęście w dyskografii, jak na szkocką legendę i zespół świętujący 30-lecie przystało, mają tak wiele świetnych utworów, że mogliby zagrać kilkugodzinny koncert a i tak nie wykonać wszystkiego dobrego, co stworzyli. Koncert w Dublinie składał się z 23 utworów, trwał niespełna dwie godziny.
Do Europy Biffy Clyro wrócili z trasą The Futique Tour, która promuje ich dziesiąty album Futique z jesieni 2025 roku i w nieco zmienionym składzie. Na krótko przed pierwszym koncertem poinformowali, że basista James Johnston tymczasowo wycofuje się z dzielności zawodowej na rzecz walki z nałogami. Zespół zaprosił w trasę Naomi MacLeod, która przewijała się w ich życiu od lat, m.in. grając na basie w zespole Empire State Bastard założonym przez wokalistę Biffy Clyro. To widać, że basistka świetnie zna się z Simonem i Benem i dobrze odnajduje w ich repertuarze. Ze sceny w Dublinie Simona dziękował Naomi za przyjęcie zaproszenia, pozdrawiając też Jamesa przed wykonaniem utworu Friendshipping.
Żeby dobrze zrozumieć konwencję przygotowanego koncertu, w tym scenografię i światła, trzeba przyjrzeć się albumowi Futique. Płyta opowiada o nowych początkach, starych ranach, miłości i jej trudach, tej romantycznej i tej przyjacielskiej, o problemach międzyludzkich i sposobach, w jakie można je pokonać. Dominujący w produkcji show kolor czerwony to opakowanie płyty.
Już od pierwszego utworu było widać, że Biffy Clyro postawili na minimalistyczną produkcję z maksymalnym efektem. Widziałam naprawdę wiele halowych tras koncertowych, ale niewiele zespołów rockowych ma tak przestrzenną scenografię. Mikrofony dla wokalisty w czterech miejscach? Proszę bardzo. Kilka pięter schodów, żeby w trakcie koncertu, w myśl scenariusza, przemieszczać się po scenie? Oczywiście. Wykorzystanie białego płótna do prezentowania wizualizacji? Jak najbardziej. Przesuwanie muzyków między podestami, żeby uniknąć monotonii stania wiecznie w jednym miejscu, tak bardzo charakterystycznej dla wokalistów-gitarzystów? Tak. Dodatkowe instrumenty i utwory pod nie zaaranżowanie? Tak, partie skrzypiec były integralną częścią koncertu, a nie tylko tłem, jak bywa w niektórych utworach studyjnych Biffy Clyro. Nowoczesne prowadzenie kamery w myśl „artysta-reżyser” zamiast stałej realizacji kamerowej? Również obecne. To wszystko wykorzystano do tego, żeby przez niespełna dwie godziny opowiedzieć muzyczną historię pełną przebojów, nowych utworów i piosenek, na które 13 tysięcy fanów reagowało entuzjazmem. Do tego wszystkiego sporadyczne confetti, patriotyczne akcenty, lekka pirotechnika i niemalże brak gadania.
Simon, gdyby tylko chciał, mógłby przegadać pół koncertu, a przynajmniej dogadać pół godziny, żeby impreza trwała ponad dwie. Tymczasem on sporadycznie wykorzystywał moc mikrofonu do rozmów, najczęściej dziękując lub w raptem kilku słowach zapraszając publiczność do zabawy. Nie zabrakło oczywiście kultowego pożegnania słowami „We are Biffy Fucking Clyro”, ale charyzma lidera pojawiała się w graniu, śpiewaniu i scenicznej ekspresji, a nie kilkuminutowych monologach. Bardzo to szanuję, bo dzięki temu nie miałam poczucia, że zrezygnowano z zagrania dodatkowych utworów.
Jak na trasę promującą nowy album przystało w setliście dominowały nowe utwory, było ich aż siedem z otwierającym cały koncert A Little Love poprzedzonym długim i charakterystycznym dla Biffy Clyro intro. Później było singlowe Hunting Season, które w wersji koncertowej zalicza się do tych utworów Szkotów, które bujają i tym akcentem weszliśmy serię piosenek ze starszych płyt.
Trudno mi powiedzieć, na co Irlandczycy reagowali lepiej, bo odnosiłam wrażenie, że wszystko przyjmowali równie dobrze. I stare Who’s Got a Match? i nowsze Wolves of Winter z jego szorstką gitarą. Szaleli do Black Chandelier, wzruszali przy Space i akustycznie zagranym Machines, gdzie smyczki wybrzmiały ze zdwojoną siłą. Tutaj do zbudowania historii wykorzystano wspomniane już schody – Simon i Ben usiedli na nich, w towarzystwie skrzypaczek.
23 utwory ułożono w sposób, który pokazywał wszystkie walory zespołu oraz muzyczną ewolucję. Po energicznych, rockowych momentach następowały chwile wytchnienia i tych bardziej melodyjnych utworów Biffy, które pozwoliły im wejść na szczyty list przebojów. Jeden koncert pozwalał przypomnieć sobie, za jakie brzmienia i jakie emocje pokochało się ich twórczość, a jednocześnie utwierdzić się w przekonaniu, że to naprawdę rewelacyjny zespół. Simon jest mistrzem gitarowych solówek, które porywają publiczność, wspólnie z Benem świetnie żonglują dynamiką – to wszystko, co słychać na albumach w rzeczywistości brzmi jeszcze lepiej! Mi wystarczyła niecała minuta, żeby pożałować, że ominęłam trasę z płytą Ellipsis czy akustyczny tour z 2018 roku, o którym nawet przez moment myślałam. Teraz uważnie śledzę koncertowy kalendarz Biffy Clyro, bo wiem, że spotkamy się wcześniej niż za kilka lat. Mon the Biff!

