Koncert Baranovskiego był jednym z tych, które musiałam wykreślić z mojego wypełnionego kalendarza koncertowego na marzec i kwiecień 2020. Występ w Poznaniu odwołano trochę na ostatnią chwilę, ale drugi tydzień marca był tak szalony i nieprzewidywalny, że nikogo nic nie dziwiło. Żałowałam wtedy, że wizja posłuchania materiału z albumu Zbiór przesunie się na bliżej nieokreśloną przyszłość. I choć wciąż sądzę, że w klubowym wydaniu Baranovski brzmiałby o wiele lepiej, ucieszyłam się, że dotarł do Poznania jako jedna z gwiazd serii koncertów Letnie Brzmienia odbywającej się w Parku Starego Browaru. Koncert odbył się w piątek, 21 sierpnia.

Pandemiczna rzeczywistość ma jeden duży plus, który dostrzegam, gdy patrzę na mapę wydarzeń organizowanych w moim mieście. Nagle, trochę w myśl tego powiedzenia jak grzyby po deszczu, pojawiają się nowe lokalizacje koncertowe, dawniej niewykorzystywane do tych celów. Akurat w Parku Starego Browaru muzycznie działo się już w przeszłości, ale bardzo dawno nie na taką skalę. Przyjemnie było tam wrócić, zwłaszcza że w okolicach nie bywam często, a centra handlowe – nawet takie ładne i słynne – są mi obce. Ostatni raz bawiłam się na koncercie w tym miejscu świętując 15-lecie obiektu, relację publikowałam tu.

Za Wojtkiem Baranovskim naprawdę udane muzycznie miesiące, które śmiało można zacząć liczyć w latach. Najpierw hulające po listach przebojów single, później naprawdę udana debiutancka płyta wypełniona właśnie tymi singlami, ale też kilkoma równie wartymi uwagi utworami. Pandemia trochę ten rozwój kariery zwolniła, przesuwając trasę koncertową na styczeń 2021 – bilety są dostępne, możecie je kupić tutaj – i zabierając tym samym Wojtkowi szansę na danie tym utworom klubowego koncertowego życia, na tak dużą skalę jak pierwotnie planowano. Piątkowy koncert w Poznaniu pokazał mi, co nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem, że repertuar z albumu Zbiór idealnie nadaje się do klubowego grania.

Uwielbiam energię tej płyty, przeplatanie się różnych emocji. W recenzji albumu pisałam, że nie słychać, żeby był efektem wielu kompromisów i nie stroni od rockowego brzmienia. W wersji koncertowej ta różnorodność pozwoliła na stworzenie ciekawej setlisty. Artyści tworząc listę utwór, które wykonają w trakcie koncertu mają kilka patentów – jedni zaczynają od przebojów, inni mają specjalnie wymyślone intro i wielkie wejście w oparach dymu, najlepiej przy towarzyszącym temu piskowi fanów. Baranovski nie zaczął od tych najbardziej rozpoznawalnych utworów, co bardzo mnie zaskoczyło. Co prawda pierwsze trzy utwory zawsze pamiętam najmniej – tzw. efekt uboczny wykonywania zdjęć – ale pamiętam, jak wychodząc z fosy zastanawiałam się, w jaki sposób muzycy chcą zachować dynamikę koncertu zostawiając przeboje niezagrane.

Te pojawiły się mniej więcej w środkowej części setu i sądząc po reakcji publiczności było to świetne rozwiązanie. Obecnie, co zdążyłam już zaobserwować będąc na dwóch koncertach w ramach Malta Festivalu, energia na koncertach jest inna niż dawniej. Większość uczestników stara się przestrzegać obostrzeń i zasad, tzn. zachowywać dystans, gromadzić się tylko w otoczeniu osób, z którymi przebywa na co dzień, nie pchać się do pierwszych rzędów i nosić maseczki. To sprawia, że ta naturalna niegdyś gonitwa do barierki ginie, a ludzie są bardziej wyeksponowani. Przez to wolniej wchodzą w koncert, wolniej się rozluźniają i stopniowanie tej energii działa pozytywnie. To trochę tak, jakby co po niektórzy obawiali się cieszyć chwilą, mając z tyłu głowy, że sytuacja nie jest do końca normalna.

Wrażenie to mogło potęgować zagospodarowanie terenu przed sceną, który podzielono na kwadraty. W teorii ma to sprawić, że uczestnicy koncertu będą zachowywać wymagane odstępy, w praktyce bywa z tym różnie, a jak zauważył sam Baranovski teren wygląda jak parcele w Simsach. I trudno się z nim nie zgodzić. Nasze obecne życie społeczne przypomina tę kultową grę. Najwięcej osób zgromadziło się pod sceną na bis, jak dzieje się bardzo często, gdy biletowana impreza nie rozgranicza cenowo miejsc siedzących i stojących. Obserwuje to zjawisko odkąd pamiętam. To taki finalny zryw, ostatnia szansa, żeby jednak pobujać się czy poskakać do muzyki na żywo. Nie zdziwiłam się więc, gdy i podczas koncertu Baranovskiego zadziałał ten mechanizm.

Wróćmy jednak do energii i dobrej zabawy, bo przecież o to w koncertach chodzi! Gdy już więc zaczęły pojawiać się Luźno i Czułe Miejsce publiczność była gotowa, żeby oddać się podskokom i uskuteczniać układy choreograficzne do tej pory praktykowane w zaciszu domowym. Tak, były pośród publiczności osoby, które ewidentnie wypracowały sobie ruchy. I ewidentnie stęskniły się za koncertami, co w pełni rozumiem.

Ci, którzy dobrze zapoznali się z piosenkami z albumu Zbiór mogli się też cieszyć koncertową wersją Kim i Dym, zagranymi na początku, Pomów z nią, Sam czy Mamo, które w wersji koncertowej brzmi równie emocjonalnie, co na płycie. Nie jestem fanką tej piosenki, nawet zdarzyło mi się ją skrytykować, ale na tle tych wymienionych wyżej brzmi bardzo organicznie, wnosząc do koncertu ciut inne, bardziej rzewne emocje.

Repertuar uzupełniono singlem Momenty, tegoroczną wiosenną propozycją Baranovskiego, coverem Billie Eilish zagranym na akordeonie oraz dwiema nowymi, niedostępnymi jeszcze w sieci utworami. Czyżby zapowiedź nowego albumu? Jeden opowiadał o wolności, temacie wiecznie aktualnym, a drugi nosi tytuł Lubię być z nią. Na bis ponownie zabrzmiał singiel Dym, ale tym razem w wersji na gitarze akustycznej, co pokazało inne oblicze tego utworu. Lubię takie niespodzianki i sądząc po reakcji publiczności, która finalnie nie chciała Baranovskiego puścić, nie tylko ja byłam zadowolona. Miło, że muzycy zdecydowali, że skoro chcą zagrać na bis kompozycje już raz zaprezentowaną tego wieczora, to zrobią to w innej wersji.

Koncert trwał ponad godzinę, a ja wyszłam z Parku Starego Browaru czując niedosyt. Chciałabym posłuchać Baranovskiego i jego muzyków na klubowym koncercie, zobaczyć, jakim życiem zaczną żyć te piosenki zamknięte w czterech ścianach. W Parku energia rozchodziła się na boku, wylatywała poza teren imprezy i momentami zostawała jedynie w pierwszych rzędach. Co nie oznacza, że był to zły koncert. Nie był! Świadczy to jedynie o tym, że Zbiór może być jedną z tych płyt, które lepiej sprawdzają się grane w intymności klubowych ścian, a nie na polanie w środku miasta.