Ostatnimi czasy rozmnożyły się w Polsce jubileuszowe trasy koncertowe, a jak wiadomo każdy powód do koncertowania jest dobry! W gronie fanów świętuje się więc rozmaite rocznice. Lipali ruszyli w trasę z okazji 15-lecia działalności serwując wszystko, co najlepsze ze swojego repertuaru. Koncert, na którym byłam odbył się 16 września w poznańskim Blue Note. Klubie może i nie największym, ale zdecydowanie jednym z moich ulubionych w tym mieście. Z resztą, prawda jest taka, że Lipali mogliby zagrać gdziekolwiek, a i tak byłoby wyśmienicie.

O tym, że rewelacyjnie sprawdzają się w różnych warunkach miałam okazję przekonać się w wakacje, dwa lata temu. Grali wtedy na Maltańskiej Scenie Muzycznej, w plenerze i deszczu. Nie był to może plener idealny, ale z perspektywy czasu wspominam ten koncert, jako jeden z lepszych, jakich doświadczyłam w ramach maltańskich koncertów. Z moich obliczeń wynika, że widziałam Lipali na żywo już cztery razy, ale istnieje szansa, że więcej. Teraz nie mogę tego zweryfikować. Wspomnień mam więc sporo, a wszystko rozpoczęło się od albumu Trio z 2009 roku.

Prawie dekadę temu moje muzyczne horyzonty były zdecydowanie węższe niż są obecnie. Wiedzę o polskiej muzyce czerpałam od rodziców, o zagranicznej zresztą też, a być na bieżąco z nowościami pomagał niezastąpiony Internet. 2009 to był dla mnie rok odkrywania polskiej muzyki. Lipali są na #6 miejscu najczęściej słuchanych przeze mnie zespołów w tamtym okresie, a w pierwszej dziesiątce znalazły się wtedy aż cztery polskie zespoły.

Lipali do dzisiaj jest wysoko w moim prywatnym rankingu najczęściej słuchanych artystów, bo na #25 miejscu, ale obecnie słucham zdecydowanie bardziej różnorodnej muzyki, więc niewielu artystów jest w stanie przekroczyć pułap setek odtworzeń. Do Lipali jednak wracam i całkiem regularnie udaje mi się oglądać ich na żywo.

lipali-blue-note-2018

Ich jubileuszowa trasa to takie trochę Lipali by request, czyli pewna forma koncertu życzeń. I trzeba przyznać, że wychodzi im to lepiej niż Metallice podczas trasy By Request, bo fani Lipali mają nieco bardziej wygórowane oczekiwania. Na oficjalnie utworzonych facebookowych wydarzeniach dotyczących poszczególnych koncertów można było wypisywać utwory, które powinny znaleźć się w koncertowej setliście. Przyznaję, że przegapiłam ten moment, zapominając, że do trasy trzeba się przygotować, a setlistę należy mieć gotową wcześniej niż dzień przed koncertem… Przejrzałam jednak zgłoszenia i niektóre pozytywnie mnie zaskoczyły, a inne były tylko potwierdzeniem, że każdy zespół ma swój evergreen.

W przypadku Lipali taką piosenką, której nie może zabraknąć podczas koncertu jest Jeżozwierz. Dopraszano się go na długo przed bisami, a to świadczy o tym, że mimo upływu lat piosenka pozostaje w kanonie tych niezastąpionych. Lista przebojów tego zespołu jest oczywiście znacznie dłuższa, więc co pewien czas, z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru, Lipa napomykał, że oto czas zagrać kolejny przebój.

 „Cóż poradzić, jak się gra tyle lat, to chcąc nie chcąc ma się te przeboje”.

Były więc Barykady, Popioły, Kawy dwie, Najgroźniejsze zwierzę świata i Upadam. Oprócz nich czternaście innych utworów, a łącznie dwugodzinny koncert. Niewiele było gadania między piosenkami. Tym razem obyło się bez politycznych komentarzy, które Lipa lubi wygłaszać przygotowując gitarę do kolejnego utworu. Co prawda wspomniał o swoich zamiłowaniach do takich rozpraw, ale po to, żeby zaznaczyć, że na trasie z okazji 15-lecia Lipali nie zamierza się w nie wdawać. Przyznaję szczerze, że bardzo mnie to ucieszyło, bo czuję wielki przesyt polityką w muzyce…

lipali-blue-note-2018

Podobno Lipali im starsze, tym delikatniejsze. Muzycznie faktycznie trudno nie zgodzić się z tym stwierdzeniem, ale koncertowo to nadal solidny, dobrze brzmiący zespół. Pomimo kolejnej zmiany personalnej, tym razem w składzie pojawił się nowy basista, energia wydaje się być niezmiennie dobra. Ciekawa chemia tworzy się między Lipą a Romanem, gitarzystą i klawiszowcem. To bardzo charyzmatyczni muzycy, każdy spokojnie mógłby być liderem innego, interesującego zespołu, ale grają razem i świetnie się uzupełniają. Najprościej byłoby napisać, że podczas gdy Lipa robi show na środku, Roman robi show po swojej stronie sceny.

Skłamałabym pisząc, że Lipali to najlepszy koncertowy zespół, jaki widziałam w życiu, ale prawdą będzie, jeśli napiszę, że to jeden z najlepszych polskich zespołów koncertowych, jakie widziałam. Przede wszystkim dlatego, że nie potrzebują dodatkowych efektów, scenografii, ekranów, konfetti i fajerwerków, żeby zwrócić uwagę na swoją muzykę. Uwielbiam wielkie, super wyprodukowane koncerty, gdzie ogień bucha ze sceny, a artysta przelatuje mi nad głową, ale umiem też docenić granie.

Granie takie po prostu. Bez wielkiej otoczki, specjalnie zbudowanej sceny i ruchomych elementów. W przypadku Lipali wystarczy prąd, rewelacyjna muzyka i jeszcze lepsze teksty piosenek. I oczywiście publiczność, która jak zwykle dopisała, chociaż mam wrażenie, że jesienią 2016 roku było jej trochę więcej.