Bądźmy szczerzy, każdy z nas oglądał kiedyś serial, który ani nie należy do ambitnych, ani nie jest tak dobry, żeby dało się racjonalnie uzasadnić, dlaczego go oglądamy. Guilty pleasure to z definicji przyjemność, o której nie opowiadamy publicznie, np. dlatego, że się jej wstydzimy. W przypadku seriali doszłam do wniosku, że nie ma tutaj mowy o wstydzie czy zakłopotaniu, bo to, co jest moim serialowym guilty pleasure niekoniecznie musi nim być dla regularnych widzów tych seriali. 

Moje serialowe guilty pleasure to w większości seriale, których nie oglądam regularnie. Nie pamiętam dobrze fabuły, nie tęsknię za bohaterami, zaglądam do nich w wyjątkowych sytuacjach. Gdy chcę się zrelaksować przy naprawdę lekkim serialu, gdy chcę sprawdzić, jak się miewa polska telenowela albo gdy potrzebuję towarzystwa do domowych czynności. Wydaje mi się, że seriale, które zaliczam do guilty pleasure to nie jest specjalnie pikantna lista i o przynajmniej dwóch już kiedyś wspominałam. Co oglądam ukradkiem?

1. You – Ty

Duża popularność tego serialu na Netflixie wynika bezsprzecznie z tego, że obsada mocno kojarzy się z serialem Plotkara. Mam też przypuszczenie, że You trafiło do tego grona fanów Plotkary, którzy zawsze marzyli o tym, żeby Dan Humphrey był mniej porządny, mniej dobrze wychowany, po prostu stał się złym chłopcem.

No i się stał. W serialu, który nie jest rewelacyjny i bardzo przewidywalny. Momentami męczący, gdy głównemu bohaterowi wszystko wychodzi, choć naprawdę nie powinno. To taki serial, który ma wiele momentów, które wiesz, że w prawdziwym życiu nigdy by się nie wydarzyły. Chyba, że ktoś ma naprawdę dużo szczęścia. Jednocześnie historia chłopaka, który nie jest do końca normalny, zafascynowanego atrakcyjną blondynką, wydaje się tak oklepana, że aż banalna, a jednak Penn Badgley sprawia, że chce się to oglądać.

Obejrzałam You w grudniu. Pamiętam, że mniej więcej przy czwartym odcinku zaczęłam się zastanawiać, co ja właściwie robię, ale ostatecznie go skończyłam. Przy okazji był to mój powrót na Netflixa po naprawdę długiej przerwie i przekonałam się, że oglądanie seriali z lektorem naprawdę psuje efekt. Zwłaszcza, gdy jeden lektor czyta za każdą z postaci.

2. Dynastia

To serial, który włączam tylko wtedy, gdy czuję, że mój mózg potrzebuje przyspieszonej sesji relaksacyjnej. Generalnie nie mam w zwyczaju oglądania seriali o bogatych dzieciakach, ich intrygach i pomnażaniu fortuny. Nie kręcą mnie też opowieści o byłych i obecnych żonach. Nie mój klimat, nie moje tempo akcji. A jednak zdarza mi się sprawdzać, co słychać u Carringtonów.

Dynastia jest takim moim back-upem na gorszy czas, ale niespecjalnie wkręcam się w fabułę i nie wiem nawet, ile odcinków już widziałam. Na pewno jestem na drugim sezonie. Ostatnio oglądałam na początku lutego.

3. Na dobre i na złe

Tak, zdarza mi się oglądać ten polski serial. Kiedyś robiłam to regularnie, co środę, bo tak się składało, że gdy wracałam do domu i siadałam do kolacji akurat się rozpoczynał. Szybko się przekonałam, że scenarzyści bardzo mocno inspirują się serialem Grey’s Anatomy – chociaż przygodę ze szpitalem w Seattle skończyłam na czwartym sezonie – i wychodzi im to naprawdę dobrze.

W dodatku Na dobre i na złe może się pochwalić ciekawą obsadą i postaciami ciekawszymi niż na przykład te z Diagnozy. Jeśli pamiętacie Leśną Górę za czasów Zosi i Kuby Burskich, a dla mnie to pamięć zahaczająca o dzieciństwo i czas, w którym ten serial emitowano w niedziele, musicie wiedzieć, że to już nie jest ten sam szpital. Zmieniło się jego wnętrze, zmienił się personel. To taka wymarzoną polska placówka medyczna.

Co prawda nie jestem aktualnie na bieżąco z wątkami, ale jeśli chcecie się przekonać, że polskie tasiemce potrafią trzymać poziom, proponuję zarezerwować sobie godzinę w środowy wieczór. Serio, mnie ten serial pozytywnie zaskoczył.

4. Zakochani po uszy

Wiem, to dość męcząca produkcja TVN, z kilkoma naprawdę męczącymi postaciami, ale tak się złożyło, że ostatnio towarzyszy mi przy weekendowym sprzątaniu mieszkania. Ostatnio podczas mycia podłóg nadrobiłam pięć odcinków.

Fascynuje mnie, jak siostry Kulig są do siebie niebywale podobne! Wizualnie i barwą głosu, kosmos! Co do samego serialu to powiem tak – gdyby kilka postaci było mniej pretensjonalnych, ta historia mogłaby być przyjemniejsza w odbiorze. Ale do odmóżdżenia nadaje się idealnie. I do oglądania jednym okiem też.

To jest zdecydowanie jeden z tych seriali, które można włączyć w dowolnym momencie i po kilku chwilach będzie się w samym środku akcji. A raczej intrygii, bo to ja niej zbudowany jest scenariusz.

5. The Bold Type – Dziewczyny nad wyraz

Ktoś mi polecił ten serial mówiąc, że rewelacyjnie pokazuje życie w redakcji gazety. Jeszcze wtedy był Showmax, a ja byłam chwilę po, a może i w trakcie, oglądania Rojsta, więc rzuciłam okiem. Oczywiście z tym rewelacyjnym pokazywaniem to nie do końca prawda, ale opowieść o trzech przyjaciółkach, które budują swoją karierę zawodową w branży medialnej, próbując jednocześnie zbudować życie prywatne jest bardzo przyjemna.

To taki pozytywny, zupełnie niemęczący serial, który nawet jeśli ma problematyczny wątek, zawsze prowadzi do pozytywnego rozwiązania. Bardzo dawno nie oglądałam już tego serialu. Szczerze mówiąc nie wiem nawet, gdzie można go znaleźć poza Showmaxem, ale muszę to sprawdzić, bo to dobra pozycja na piątkowy relaks. Nie męczy, pokazuje siłę przyjaźni, czasami też zwraca uwagę na konsekwencje wynikające z podjęcia danej decyzji, ale w gruncie rzeczy mówi o tym, że marzenia są po to, żeby je spełniać.