Nigdy nie ukrywałam, że głównym powodem dla którego zdecydowałam się oglądać Żmijowisko Canal+ był Paweł Domagała w roli głównej. Miałam już dość produkcji, w których dostawał te same role wesołych, najczęściej niezbyt bystrych facetów. Żmijowisko, jak na serial kryminalny przystało, gwarantowało zerwanie z tym schematem i byłam tego bardzo ciekawa. Gdzieś pomiędzy pierwszym a drugim odcinkiem kupiłam książkę Wojciecha Chmielarza, bo czułam, że dobrze będzie zestawić oryginał ze scenariuszem serialu. Co mi to dało? Co jest lepsze – książka czy serial?

Pierwszy odcinek Żmijowiska zupełnie mnie nie wciągnął i nie zaintrygował. Gdyby nie fakt, że mogłam od razu obejrzeć drugi, chyba zapomniałabym o tym serialu. W drugim coś się już zaczęło zagęszczać, więc brnęłam w temat dalej. Zaczynając czytać książkę pierwsze rozdziały nie były dla mnie nowością, widziałam już przecież pierwsze dwa odcinki, ale szybko się przekonałam, że to, co w książce wyznaczało oś czasu, przeskoki między wydarzeniami, w serialu udało się średnio.

Serial „Żmijowisko” opowiada historię grupy trzydziestoparoletnich przyjaciół ze studiów, którzy wyjeżdżają ze swoimi dziećmi na wakacje do letniska „Żmijowisko”. Pewnego wieczoru, w trakcie zakrapianej alkoholem imprezy, znika 15-letnia Ada, córka Arka i Kamili. Rozpoczynają się zakrojone na wielką skalę poszukiwania, jednak dziewczyny nie udaje się odnaleźć. Rok później jej ojciec wraca na miejsce tragedii, aby wznowić poszukiwania – opis dystrybutora.

Jeśli czytaliście moje naprawdę stare teksty, np. o serialu Arrow, który przestałam oglądać jakieś dwa lata temu, wiecie że jestem wielką fanką retrospekcji w filmach i serialach. Uwielbiam skoki w czasie, podglądanie przeszłości, wyciąganie z niej wskazówek nadających sens współczesnemu postępowaniu bohatera. W książce podział czasu akcji na trzy etapy był jasny i dodawał dreszczyku emocji. W serialu temat ten próbowano załatwić przede wszystkim grą kolorów, co może i wyglądało interesująco, ale niewiele poza tym. Sceny tu i teraz, z tymi wtedy i pomiędzy niewiele się od siebie różniły.

Wiele mówi się o Żmijowisku jako o nowej wersji Belfra, pierwszego od lat głośnego serialu Canal+ z Maciejem Stuhrem w roli głównej, który wyniósł stację do rangi (przez pewien czas) najlepszego polskiego twórcy seriali. Duża w tym zasługa samego faktu, że oficjalnie Żmijowisko właśnie w ten sposób jest reklamowane, a ten sam reżyser obu seriali podkreślany gdzie tylko się da. No i rzeczywiście w tej reklamie nie ma ściemy, Żmijowisko ma wiele wspólnego z Belfrem, zwłaszcza drugim sezonem, choć wydaje mi się, że z perspektywy czasu Belfer przestał już wyglądać tak okazale.

Mamy do czynienia z młodymi głównymi bohaterami, pokręconymi relacjami rodzinnymi, dziećmi z zamożnych rodzin i dziećmi z rodzin ze średniej klasy społecznej. W książce Chmielarz nieco inaczej charakteryzował swoich bohaterów, co najwyraźniej widać na przykładzie Sabiny – w jego książce nie była ona aż tak demoniczna i jednobarwna, co sprawiało, że działania i pobudki Damiana mówiły dużo więcej o nim i jego problemach. W serialu zdecydowano się stworzyć bardzo wyrazistą postać, seksowną blondynkę z dużymi oczami, której nie sposób się oprzeć.

Moją uwagę zwróciła też Ada, dziewczyna wokół której zaginięcia toczy się cała akcja serialu. Miała być spokojną, ładną blondynka mocno ustawianą do pionu przez matkę, która miała własną wizje jej życia. I o ile jej relacja z matką w książce i w serialu była zgodna, o tyle serialowa Ada, trzymana przez matkę niemalże na smyczy, miała kilka tatuaży i zaledwie 15 lat. Nie wiem, co sobie myślał reżyser i charakteryzatorzy, że nie zainwestowano czasu i pieniędzy w zakrycie tych dziar. Ładne były, to prawda, ale wątpię, żeby serialowa Kamila pozwoliła swojej 15-letniej córeczce na takie ozdoby.

Nie rozumiem też wyboru Daviny Reeves-Ciary do roli Adaomy, jeśli w kilku scenach podkreśla się, że bohaterka jest Polką, urodziła się w Polsce i wychowuje ją matka Polka, a Davina nie ma polskiego akcentu. Przeszkadzało mi to, bo właśnie takie szczegóły sprawiają, że serial jest dobry lub udany. Idealną aktorką do tej roli wydaje mi się Aleksandra Szwed, która miałaby okazję pokazać się w czymś innym niż telenowela czy konferansjerka. Jest też bardziej wyrazista i zadziorna, a taka była książkowa Adaoma.

Z pewnością Canal+ nauczył się tworzyć klimatyczne produkcje. Tego nie można im odmówić i potwierdzają to w każdym kolejnym serialu kreując tajemnicze, zagadkowe miejsca. Scenograficznie Żmijowisko jest udane, choć nie da się ukryć, że lasy w kryminałach są tak oklepane, jak spadające znienacka przedmioty w horrorach. To jednak ten element, który spójny jest z książka, więc nie ma się czego czepiać.

To, co najbardziej przekonuje mnie do książkowej wersji tej historii to mylenie tropów i zmuszanie czytelnika do łączenia faktów, analizowania zachowań bohaterów. W serialu kluczowy jest ostatni odcinek. Gdyby sześć wcześniejszych było tak dobrych, jak połowa ostatniego, cały serial oglądałoby się z wypiekami na twarzy. Niestety tak nie było. Przez większość serialu nie pozwalano opowiedzieć się za żadną ze stron, bo każdy, na którego rzucano jakieś światło miał coś za uszami. Oczywiście najbardziej rzucano to światło na dzieciaki, ale Damian ani przez moment nie był w kręgu moich podejrzanych.

Oglądałam więc serial, jednocześnie czytając książkę i patrząc, jak Chmielarz, całkiem umiejętnie choć czasami psuło to tempo akcji, przerzucał wydarzenia ze środka książki na początek serialu, żeby zmieścić wszystko w siedmiu odcinkach. Czekałam na jakiś mocny punkt w scenariuszu, ale przyszedł dopiero w ostatnim odcinku. A szkoda, bo książka pozwalała na zbudowanie scenariusza trzymającego w większym napięciu.

Czego zabrakło mi w tej historii? Zakończeń odcinków pozostawiających niedosyt i mieszkających w głowie. Odcinków, które myliłyby tropy i sprawiały, że widz będzie się zastanawiał, o co tak naprawdę chodzi. Zamiast tego mamy serial, który nie wciąga, nie intryguje i tak naprawdę nie zapada w pamięć. I widzę w tym więcej winy scenariusza niż samych aktorów, bo obsada to jednak w większości doświadczeni gracze. Wojciech Zieliński to już przecież obowiązkowy „silny mężczyzna” polskiego ekranu, Agnieszka Żulewska udowodniła, choćby w serialu Rojst, że potrafi zagrać mocną rolę, a Cezary Pazura znów dostał rolę napakowanego starszego pana u władzy finansowej, w której sprawdza się bardzo dobrze. Tak naprawdę aktorsko Żmijowisko dużo zyskuje dzięki jego grze.

Paweł Domagała pozytywnie zaskakuje, ale wydaje mi się, że tylko dlatego, że to inny rodzaj serialu niż te, w których do tej pory mogliśmy go oglądać. Tutaj jest tajemniczy, przygaszony, mroczny, tak naprawdę niezbyt wylewny, ale nie aż tak wyrazisty, żeby mówić, że to jego rola życia. Na pewno dzięki temu serialowi stworzył jedną z najciekawszych kompozycji w swoim dotychczasowym dorobku muzycznym, singiel Żmijowisko jest bardzo udany, ale z serialem łączy go jedynie tytuł i tekst, bo w produkcji utworu nie wykorzystano.

W starciu książka kontra serial zdecydowanie wygrywa książka. Nie był to najlepszy kryminał, jaki czytałam w życiu, ale sprawił mi więcej przyjemności niż oglądanie serialu. Nad czym ubolewam, bo od pewnego czasu coraz trudniej jest mi zachwycić się propozycjami Canal+. Cieszę się, że stawiają na młodych aktorów i piszą scenariusze, które umożliwiają im angaż, ale czekam na dzień, w którym przeczytam, że Canal+ pracuje nad serialem o tematyce innej niż kryminał. Odnoszę wrażenie, że przydałaby im się taka odskocznia do innego klimatu, może zrobiłoby im to tak dobrze, jak lata przerwy od pamiętnego serialu Misja Afganistan.