Naprawdę dawno tak świetnie nie bawiłam się w kinie! Naprawdę dawno nie byłam też w kinie na filmie, który bawiłby i uczył, idealne równoważąc emocje. Jako miłośniczka filmów z dreszczykiem emocji sporadycznie wybieram produkcje lżejsze, ale film (Nie)znajomi chciałam zobaczyć od dnia, w którym widziałam pierwsze zdjęcia z planu. Czułam, że będzie to jeden z najlepszych polskich filmów 2019 roku i zarazem film, jakich polskiej kinematografii bardzo brakuje. (Nie)znajomi to idealne połączenie kina rozrywkowego z kinem, które ma sprawiać, że widz wychodząc z seansu będzie miał o czym rozmyślać i co analizować. Świetnie napisany scenariusz, fantastyczna obsada. Wymarzony przepis na sukces. 

Ale to przecież remake włoskiego Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, krzyczą niektórzy internauci w komentarzach, chcąc w ten sposób udowodnić, że to żaden sukces, a wręcz powód do wstydu, bo pomysł niepolski. Tak, (Nie)znajomi to kolejny remake włoskiego przeboju kinowego. Remake niebywale udany! Ile razy w życiu oglądaliście film z beznadziejnie przełożonymi dialogami? Ile razy czytaliście książki, których czytać się nie dało, bo tłumacz nie podołał? Ile razy słyszeliście, że coś jest odgrzewanym kotletem? Ile razy słuchaliście kiepskiego coveru? Niczego takiego nie można powiedzieć o tym filmie.

Wzruszający i zabawny film o miłościach, inspirowany hitem, który pokochały miliony widzów na całym świecie. Grupa przyjaciół decyduje się zagrać w trakcie kolacji w niewinną grę.

Do zakończenia spotkania wszyscy muszą ujawniać wiadomości przychodzące na ich telefony, a rozmowy mają odbywać się w trybie głośnomówiącym. Jak możemy się spodziewać, ten przyjemny wieczór wywróci ich świat do góry nogami – opis ze zapowiedzi.

Są takie historie i takie pomysły na produkcje, które są na tyle uniwersalne i wartościowe, że chce się je przenosić na różne grunty i opowiadać kolejnym ludziom. Nie zawsze się to jednak udaje, bo nie każda historia opowiedziana w nowych realiach będzie równie zaskakująca, chwytająca za serce czy autentyczna. Katarzyna Sarnowska i Tadeusz Śliwa wykonali fantastyczną robotę tworząc polską wersję scenariusza. Doskonale osadzili go w polskich warunkach tworząc dialogi zabawne, refleksyjne, poruszające, a gdy trzeba tak dobitnie szczere, że aż oburzające.

Ich Anna, Ewa, Ola, Tomek, Czarek i Wojtek to ludzie, których znamy. Nasi sąsiedzi, nasi znajomi, nasi przyjaciele. Żyjący obok nas przedstawiciele klasy średniej, niewyidealizowane postaci wyjęte z okładek kolorowych czasopism, które często pojawiają się w polskich komediach romantycznych. Bohaterowie (Nie)znajomych są nami. Zapraszają nas na kolację w domu Ewy i Tomka, odsłaniają swoje sekrety i tajemnice, ale zanim to zrobią, przez godzinę, bawią do łez sprawiając, że cała sala kinowa spędza wyśmienity wieczór.

Pisząc o filmie Piłsudski wspomniałam, że dobra obsada aktorska to za mało, jeśli scenariusz jest kiepski. W przypadku tego filmu mamy do czynienia ze świetnym scenariuszem, który zyskuje dzięki świetnym aktorom. Tadeusz Śliwa pracował z Mają Ostaszewską, Tomaszem Kotem i Łukaszem Simlatem, którzy w polskim kinie znani są ze świetnych, wyrazistych ról. Od nich nikt już nie wymaga zaskoczeń, raczej chcemy utwierdzać się w przekonaniu, że znów zagrali świetnie. Kasia Smutniak to z kolei jedna z tych polskich aktorek, które znane są bardziej tam niż tu, w tym przypadku we Włoszech. To taka twarz, której polskie kino jeszcze nie ma dość, więc wnosi do (Nie)znajomych powiew świeżości, a przy okazji włoski pierwiastek idealnie wykorzystany w scenariuszu. Kasia zagrała też w oryginalnej wersji filmu, więc jej obecność w polskiej wersji nabiera dodatkowego znaczenia.

W obsadzie jest też Ola Domańska, którą aktorsko lubię coraz bardziej. W recenzji filmu Volta, w którym zagrała jedną z głównych ról napisałam o niej, że „pozostaje dla mnie aktorką identycznych ról, ciągle grającą głupio-śmieszne, życiowo zagubione blondynki”. Cieszę się, że mogę teraz napisać, że już tak nie jest. Michał Żurawski to z kolei aktor, którego kojarzą wszyscy – miłośnicy polskich produkcji o wojnie i polskich komedii. Aktor wielu twarzy, w (Nie)znajomych pokazujący, że jednak bardziej do twarzy mu z rolami postaci myślących i kiepskie komedie powinien omijać. Wojtka Żołądkowicza kojarzę najmniej, ale świetnie pasuje do tego grona.

O czym jest ten film? Oprócz tego, że o przyjaciołach, którzy podczas wspólnej kolacji czytają na głos otrzymywane smsy? O relacjach między ludźmi. O sekretach, które niepotrzebnie komplikują życie. O różnych stylach życia, różnych życiowych wyborach, które niosą za sobą lepsze lub gorsze konsekwencje. O pięknie miłości między kobietą i mężczyzną, o cudownej relacji ojca z córką, o próbie odnalezienia samego siebie i wreszcie o tym, że jedno, z pozoru niewinne kłamstwo, może wywołać lawinę nieprzewidzianych zdarzeń.

To, co niebywale urzeka mnie w tym filmie to jego prostota. Gdy chodzi się do kina bardzo regularnie, ogląda dziesiątki filmów rocznie i łapczywie pochłania seriale w pewnym momencie ma się dość nowoczesności, przesady, kombinowania i usilnych prób zaskoczenia widza. Twórcy (Nie)znajomych byli w stanie zainteresować mnie filmem, którego akcja rozgrywa się w jednym miejscu, w jednym mieszkaniu, przez większość czasu przy jednym stole, sporadycznie między balkonem, kuchnią i łazienką. Prostota ma w sobie wielką moc i ten film przypomina, że zasada mniej znaczy więcej to jeden z kluczy do sukcesu.

Chciałabym, żeby niezaprzeczalny sukces tego filmu pokazał polskim scenarzystom, zwłaszcza tym, którzy na co dzień piszą kolejne części komedii romantycznych, i producentom, że można iść inną drogą. Nie chodzi mi o to, żeby masowo wykupywali licencje na zagraniczne produkcje – szansa, że szybko inny remake powtórzy sukces (Nie)znajomych jest dość mała. Mam na myśli to, żeby zaczęli inaczej patrzeć na scenariusze filmów, które mają bawić. Produkcje rozrywkowe nie muszą być banalne, proste i bezbarwne. Mogą być właśnie takie, jak (Nie)znajomi – wielowymiarowe, wyraziste, wciągające. Doskonale napisane, doskonale zagrane.