Maraton filmowy oficjalnie uznaję za otwarty! Licencjat z głowy, człowiekowi lżej. Czasu zrobiło się więcej, ochota na nadrabianie zaległości wróciła. Na pierwszy rzut poszedł film z Emmą Watson i Tomem Hanksem, The Circle. Darzę ich sympatią, chociaż Tom już zawsze będzie dla mnie przede wszystkim cast away, a Emma Hermioną. Byłam ciekawa, jak taki duet zadziała… w duecie. Zwłaszcza, że tematyka jest interesująca.

Obejrzałam film, który mnie nie znudził, ale też nie zaskoczył. Już w połowie, może nawet wcześniej, przewidziałam wszystkie końcowe sceny. Nie wydaje mi się, żeby był to powód do dumy. Określiłabym The Circle filmem z interesującą obsadą, który bardzo przyjemnie się ogląda, ale jednocześnie jednym z tych, w których od początku wiadomo, kto jest tym złym, kto jest tym dobrym i kto uratuje świat przed zagładą.

The Circle. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła!

Film stworzono na podstawie książki Dave’a Eggersa. Główną bohaterką jest Mae Holland, w filmie grana przez Watson. Dziewczyna z niezamożnej rodziny trafia do największej firmy internetowej świata, gigantycznej korporacji. Takiej, w której wszystko wydaje się fascynujące, interesujące, a życie to jeden wielki popis. Pracowanie tam to spełnienie najskrytszych marzeń. Nawet na stanowisku sekretarki, sprzątaczki, czy odźwiernego.

Trafiamy więc do krainy, w której rządzi Facebook – w filmie nie przyjmuje takiej nazwy, ale każdy wie, o co chodzi. Naszą pozycję społeczną określa ilość i jakość publikowanych na wallu wpisów, a jeśli nie publikujemy nic to znak, że potrzebny jest nam specjalista. Nie, nie od informatyki, ale od zdrowia psychicznego, bo z pewnością mamy jakiś poważny, społeczny problem.

W tym filmie było mnóstwo zabawny scenek, właśnie związanych z tym wspaniałym, wirtualnym życiem. Ja, jako osoba, której wall świeci piękną pustką (z której się cieszę i którą pielęgnuję) czułam się rozbawiona myślą, że naprawdę spora część naszego społeczeństwa uważa, że im więcej na wallu, tym lepiej, a ten film aż tak bardzo o współczesności nie jest oderwany. Trochę też się przeraziłam, bo niestety nie od dziś wiadomo, że tłum lubi postaci charyzmatyczne i nigdy nie wiadomo, co wydarzy się jutro…

Tak oto dochodzimy do tego, co chyba jest w tym filmie najważniejsze i jednocześnie do tego, co może się w tym filmie podobać.

Poznajemy Eamona Bailey’a, szefa i współzałożyciela korporacji The Circle. Faceta wygłaszającego porywające przemowy, zabawnego, wyluzowanego, pomysłowego i sprawiającego wrażenie osoby, przed którą nie ma żadnych barier i granic. Wzór do naśladowania, człowieka uwielbianego przez tłumy, z pracownikami The Circle na czele. Hanks wypadł w tej roli w porządku. Jakoże sam scenariusz nie był najwyższych lotów nie będę udawała, że to jego najlepsza rola w karierze.

Gdybyście teraz zapytali mnie, o czym było The Circle powiedziałabym, że o tym, jak łatwo jest zmanipulować człowieka. W jak prosty sposób, używając perswazji, rozbudzając wyobraźnie i dając poczucie bycia częścią czegoś naprawdę wielkiego i wspaniałego, można sprawić, że człowiek przestaje myśleć, analizować, dociekać i wyciągać wnioski. Jednocześnie o tym, jak niebywale łatwo jest wpaść w sidła ludzi charyzmatycznych i wpływowych. Mae, czyli Emma, właśnie w nie wpadła. Naturalnie później, niczym średniowieczna wojowniczka, wyszła z tego z tarczą, głową dumnie podniesioną do góry. I pewnie kluczowym stanowiskiem w korporacji.

Nie nudziłam się oglądając The Circle chyba przede wszystkim dlatego, że to jeden z tych filmów, które są przyjemne. Mimo swojej pozornie, i niepozornie, trudnej tematyki, jaką jest dbanie o ludzką, naszą własną, prywatność. Nie był to film wymagający. Nawet się przy nim zrelaksowałam, ale to chyba dlatego, że wiedziałam, że niczym mnie nie zaskoczy, nie oglądałam go w napięciu.

Te mechanizmy, które opisałam wyżej, były jedynym jego plusem. I oczywiście obsada aktorska, bo na Emmę i Toma zawsze miło popatrzeć. Szkoda tylko, że na dobrą sprawę można byłoby ten film skrócić do 30 minut, usunąć wątki poboczne i dojść do takich samych wniosków. Bez końcowej tragedii, jako sztampowego przykładu punktu zwrotnego dla całej akcji.