Jak kończyć koncertowy rok to z przytupem! I to spełniając kolejne koncertowe marzenie sprzed dziesięciu lat. Dwa lata temu powiedziałam, że stawiam na koncertowe doświadczenia z artystami, których nigdy wcześniej nie widziałam na żywo, a od lat chciałam zobaczyć. Gdy przeczytałam, że po latach przerwy Indios Bravos wracają na scenę wiedziałam, że muszę pójść na któryś z koncertów. W piątek, 22 listopada Panowie rozbujali Salę Wielką w Poznaniu. Magicznie było!

Był rok 2009. Rok mojej największej w życiu fascynacji polską muzyką, w którym poznałam chyba największą do tej pory liczbę artystów, przesłuchałam najwięcej płyt i przekonałam się, że w zasadzie lepiej byłoby się urodzić dwie dekady wcześniej. Indios Bravos wydali właśnie album Indios Bravos, koncertowali pewnie sporo, ale ja nie chodziłam wtedy intensywnie na koncerty. W 2015 roku zniknęli ze sceny, a ja byłam wtedy na innym etapie muzycznych fascynacji.

Ucieszyłam się, gdy kilka miesięcy temu przeczytałam, że świętując 20-lecie albumu Part One wracają na kilka koncertów. To był idealny moment, żeby wreszcie zobaczyć ich na żywo i przypomnieć sobie ich repertuar. To jeden z tych powrotów, które cieszą podwójnie.

Fantastycznie jest zobaczyć na scenie muzyków, którym wielką przyjemność sprawia granie zakurzonego materiału. Widać, że się za tym stęsknili, a ludzie, w zasadzie na każdy utwór, reagowali wielkim okrzykiem entuzjazmu. Dobrze jest też usłyszeć, bo padło takie stwierdzenie ze sceny, że Indios Bravos nie zamierzają teraz koncertować do upadłego, zaliczając wszystkie wiosenne i letnie imprezy. Chcą, żeby ten powrót był z głową, z dobrymi emocjami, podyktowany radością i chęcią wspólnego grania. Bardzo to szanuję, bo choćby na przykładzie Madrugady widzę, jak udane są takie powroty. Oczywiście Madrugada, o czym świadczy spora liczba relacji z ich tegorocznych koncertów, powróciła z przytupem, ale chodzi o zasadę. Dopóki jest radość i dobre wibracje, dopóty powroty po latach mają sens.

Z moich planów na 2019 rok wynika, że koncert Indios Bravos w Sali Wielkiej był ostatnim, na jaki wybrałam się w tym roku. W grę wchodzi jeszcze sylwestrowe szaleństwo na placu Wolności, bo w tym roku będzie iście gwiazdorsko (Zalewski, Bednarek, Brodka), ale jak głoszą genialne w swojej prostocie kampanie reklamujące to wydarzenie – w laczkach w domu jest wygodniej, więc pewnie opcja Sylwester w dresie wygra. Do czego zmierzam? Nieudolnie do tego, że podczas piątkowego koncertu wybujałam się na lata! Jeśli regularnie obserwujecie publikowane tutaj relacje z koncertów to musieliście zwrócić uwagę, że z muzyką reggae nie mam wiele wspólnego. Ba! Ja takiej muzyki nie słucham!

I tutaj wyjątkiem jest właśnie Indios Bravos, które te dekadę temu skradło moje wtedy jeszcze nastoletnie serce i do tej pory uwielbiam ich połączenie reggae z rockiem. Koncert w Sali Wielkiej był magiczny, bo dobra energia błyskawicznie rozniosła się po całej sali. To jeden z tych koncertów, gdzie na równi ważna jest muzyka, jak i połączone z nią słowa.

Publiczność wspierała Gutka w każdym z utworów, śpiewając z nim Lubię to, A kiedy dnia pewnego, Mental Revolution, Wyjątkowo ważna, Zmiana, Zabiorę Cię, Wolna wola czy cover Brygady Kryzys, To co czujesz, to co wiesz wykonany w charakterystycznej dla nich aranżacji. Były też instrumentalne nagrania z albumu Part One i obowiązkowy taniec indianina. Na zakończenie zagrano Czas spełnienia, utwór Hey, który kończą fani powtarzając a capella słowa: a ja nie chciałbym tak po prostu, po prostu przeminąć, które towarzyszą zespołowi podczas ukłonu i zejścia ze sceny. Piękny moment pokazujący więź z fanami, albo właśnie ją tworzący. Wolę ten utwór z wokalem Gutka niż wersję Heya. Pewnie dlatego, że jest mocniejszy, mniej refleksyjny w swojej wymowie od wersji Kasi Nosowskiej.

Koncert trwał dwie godziny, zgodnie z planem, co jak usłyszałam wychodząc z koncertu wielu fanów zaskoczyło. Być może nie byli przyzwyczajeni do tego, że istnieją artyści, którzy nie schodzą ze sceny po 75 minutach i nie mają kilkuminutowych dialogów między utworami. Setlista była przekrojowa, więc idealna na powrót po latach.

Z jednej strony singlowe numery, które znali wszyscy, z drugiej piosenki z albumu, którego dwudziestolecie świętowano, a z trzeciej niesinglowe utwory z różnych albumów. Podobało mi się to, że nie skupiono się na tym, żeby te najbardziej lubiane przez fanów zostawić na bis. Wielu artystów tak robi, a później przez pierwszą część koncertu z publiczności słychać co chwilę krzyki, żeby zagrać ten jeden, konkretny utwór. Indios Bravos rozłożyli te utwory na cały koncert.

Wychodząc z Centrum Kultury Zamek, po raz pierwszy od wielu, wielu lat słyszałam ludzi opuszczających koncert śpiewając piosenki, jakie chwilę wcześniej zostały zagrane. To chyba najlepsze podsumowanie relacji. Jeśli wychodząc z koncertu jesteś nadal w jego trakcie, przesiąknięty muzyką i dźwiękami do tego stopnia, że nie możesz wyrzucić ich z głowy to znaczy, że wziąłeś udział w magicznym wydarzeniu.