Opowiadałam już, że poznański koncert Krzysztofa Zalewskiego promujący płytę Złoto zbiegł się w czasie z koncertem zespołu Green Day w Pradze. Zasmuciło mnie to, ale mając w ręce bilet na Green Daya, i cały wyjazd już zaplanowany, nie było opcji, żeby zrezygnować. Pozostała nadzieja, że Zalewski wróci do Poznania szybko. Nie spodziewałam się tylko, że to szybko nastąpi dosłownie… szybko. Może wizualizacja to jednak jest metoda?

W miniony piątek poszłyśmy z dziewczynami przekonać się, jak Złoto brzmi na żywo w towarzystwie całego bandu, nie tylko Zalewskiego uprawiającego klasyczny multitasking. Multitasking to moje drugie imię, ale słuchając w lecie piosenek ze Złota w takiej wersji czułam, że jest zbyt chaotycznie, zbyt showcasowo, a sam Krzysztof, mówiąc delikatnie, nie wyrabia. Wsparcie było mu potrzebne, więc je sobie zorganizował!


Zalewski gra nowe utwory na Spragnieni Lata – relacja z wydarzenia


Drugi koncert w Poznaniu, wzorem pierwszego, błyskawicznie się wyprzedał. Chyba nie powinna mnie więc zdziwić kolejka przed wejściem do klubu, prawda? Nie powinna, ale zdziwiła i od razu przypomniałam sobie kolejki, jakie niedługo ustawią się tam z racji Spring Break… Do tego tematu jeszcze wrócimy!

Tymczasem, w środku było tłoczno, duszno, a scena była już gotowa na powitanie muzyków.

Oficjalnie informowano, że przed koncertem nie ma supportu, więc lepiej przyjść punktualnie. Na 19:00. Tak też zrobiłyśmy, a koncert zaczął się te kilka minut po planowanej godzinie. Było mi to bardzo na rękę, bo stanie w ścisku i duchocie jakoś mi nie służy i nie służyło mi nigdy.

Nawiasem mówiąc, ostatnio wszystkie koncerty, na jakie chodzę rozpoczynają się o dziewiętnastej. Dziwne, co nie? Oczywiście ma to swój plus – można wrócić do domu zanim zacznie świtać, ale psychologicznie koncert kończący się przed godziną 22 zdaje się być koncertem krótkim. Co niekoniecznie musi być zgodne z prawdą, i wynika raczej z dziwnych przyzwyczajeń z przeszłości, kiedy to artyści chętniej grali po dwudziestej, a nawet później.

Zalewski zagrał klasyczne półtorej godziny, przeleciał materiał z nowego albumu, z poprzedniego albumu, zagrał cover i nawet udało mu się pokazać ten słynny multitasking! Słowem: było wprost idealnie!

Album Złoto pokochałam za organiczne brzmienie, dynamikę, drapieżność świetnie zbalansowaną balladami i oczywiście za teksty piosenek. Kto nie zna Zalewskiego ten powinien wiedzieć, że jest to muzyk, artysta kompletny.

Taki, który doskonale rozumie wszystko, co dzieje się na scenie dookoła niego. Taki, który potrafi grać na wielu instrumentach, tworzyć swoją muzykę od początku do końca. I wreszcie artysta, który sporo w życiu koncertował, nie tylko z własnym projektem, ucząc się od innych, wyciągając wnioski.

Efekt jest więc taki, że na scenę wychodzi artysta wiarygodny, brzmiący doskonale, niemalże tak dobrze, jak na studyjnej płycie, pewny siebie i swoich umiejętności w sekundę rozgrzewający publiczność!

Nie wiem, czy dla Was to ma znaczenie, ale ja uwielbiam iść na koncert i przekonać się, że to, co wydano na płycie nie jest dalekie od tego, jak muzyka brzmi na żywo. Jest od albumowej wersji lepsze, albo się z nią pokrywa. Sprawia mi to ogromną przyjemność!

Materiał z płyty Złoto pokrywa się z albumową wersją, czego z resztą byłam pewna jeszcze zanim tam poszłam. Największa różnica polega na tym, że na żywo towarzyszy mu kilkaset ludzkich głosów wykrzykujących, wyśpiewujących teksty. A to dodaje tym drapieżniejszym piosenkom dodatkowego powera.

Chyba kiedyś już o tym wspominałam, ale zrobię to po raz drugi. Blue Note ma to do siebie, że dobrze słychać publiczność. W kwestii śpiewania i żywego reagowania jest to oczywiście wielki plus. Gorzej, gdy słychać, co ludzie wzajemnie do siebie mówią. To nie zawsze jest komfortowe.

Ja na przykład, podczas jednej z przeciągniętych solówek, które znudziły publiczność, dowiedziałam się, że podczas pierwszego koncertu w Poznaniu Krzysztof opowiadał więcej historyjek. Był po prostu bardziej gadatliwy, co dziewczyny stojące za mną skwitowały: spieszy mu się.

Taki wniosek wyciągnęły najpewniej z jednego ze zdań Krzysztofa, w których przypomniał, że poznański koncert zamyka tę część trasy koncertowej. I oczywiście, że jest dodatkowym na trasie. Miałam wrażenie, że tym dziewczynom brakowało rozgadanego Zalewskiego. Mi nie brakowało.

Nie lubię przegadanych koncertów, które trwają długo tylko dlatego, że artysta przez pół godziny opowiada o polityce, porze roku i swoich kotach. Wolę akcję. A Zalewski rzeczywiście nie rzucał anegdotkami z rękawa, ale kontakt z publicznością miał, a przecież wszyscy (tak mi się wydaje) przyszli tam posłuchać muzyki na żywo. I większość dawała jasny sygnał, że właśnie po to, tam jest i cieszy się, że tam jest!

Wyszłam z Blue Note, wracałam do domu i myślałam sobie, że muzyka to naprawdę fantastyczna sprawa. Że wszystko to, co puszczają w radiach, większość z tego, co promują największe stacje rozrywkowe ma się nijak do tego, jak muzyka potrafi brzmieć, gdy artysta gra ją w sposób, w jaki chce ją grać.

Niesamowicie się cieszę, że na polskim rynku fonograficznym pojawił się Kajax wspierający tych wszystkich Polaków, którzy nie chcą wydawać muzyki pod dyktando.

Drugi wyprzedany koncert Krzysztofa Zalewskiego w Poznaniu, nominacje do Fryderyków, ogromne zainteresowanie jego koncertami, to jest dowód na to, że przyszłość muzyki (polskiej, zagranicznej) nie leży w ślepym podążaniu za tym, co modne, a kreowaniu własnej mody.

Nie każdy musi przecież być niczym Green Day i grać dwu i pół godzinne koncerty w wielkich halach. Z resztą tak długie koncerty potrafią być też pułapką, a po koncercie Zalewskiego został zdrowy niedosyt objawiający się sprawdzaniem, gdzie i kiedy uda się go ponownie zobaczyć na żywo.