Relacjonowanie poznańskiej odsłony koncertów w ramach trasy Męskie Granie to już jedna z tradycji tego bloga. Biorąc pod uwagę, że sięga ona samych początków blogowania mogłabym nawet stwierdzić, że to jedna z tych publikacji, których nie może zabraknąć w wakacje. Wczoraj, 14 lipca, Męskie Granie wystartowało koncertem w Poznaniu. Na scenie głównej zaprezentowali się Kortez, Dawid Podsiadło i Krzysztof Zalewski, do których bezsprzecznie należał tamten wieczór. Było też Pogodno, Fisz Emade Tworzywo i Coma.

Jeśli czytaliście relację z zeszłorocznego koncertu możecie pamiętać, że stałam się nieco sceptyczna wobec przyszłości tej trasy. Zaczęłam kwestionować sens ciągłego zapraszania tych samych artystów, flagowania trasy tymi samymi nazwiskami, ale jednocześnie doceniałam Męskie Granie Orkiestra i powołanie do życia Sceny Ż (jest to mała scena, na której niespełna półgodzinne koncerty grają tzw. artyści aspirujący). Z perspektywy tego roku, i przeżycia kolejnego Męskiego Grania, chyba już wiem, dlaczego Męskie Granie 2017 wywołało we mnie takie przemyślenia. Co się przez ten rok zmieniło?

Do line-upu i Orkiestry wrócił Dawid Podsiadło. A skoro wrócił Dawid to skończyło się marudzenie po kątach. W tym roku przechadzanie się pomiędzy publicznością nie groziło słuchaniem rozmów na temat Dawida, jego braku, jego przerwy w koncertowaniu. Swoją drogą, dziwnie musiał się czuć Dawid, który był w ubiegłym roku w Poznaniu, stał w tłumie i słyszał te rozmowy.

Dawid stał się nieodzowną częścią trasy Męskie Granie. Chociaż bilety sprzedają się błyskawicznie nawet bez jego udziału w projekcie, gdy on jest jakoś tak milej robi się miłośnikom Męskiego. Oczywiście piszę to trochę, a nawet mocno ironicznie, bo uważam, że Dawid swoje dla MGO już zrobił i zasłużył na kilka lat przerwy od tej roboty, ale socjologicznie patrząc jest to fascynujące zjawisko. Okazuje się bowiem, że są takie nazwiska bez których pewne grupy fanów tej trasy nie wyobrażają sobie jej istnienia. W Poznaniu, akurat tak się złożyło, że każdy z obecnych liderów Orkiestry – Dawid, Kortez i Krzysztof – zagrali swoje własne koncerty.

Przed nimi wystąpiło Pogodno. Nigdy nie interesowałam się ich muzyką. Wiedziałam, że istnieją, ale nie wiedziałam, co grają. Wydali mi się takim skrzyżowaniem happysad z Comą i szczyptą siebie samych. W jednym z utworów dołączył do nich Krzysztof Zalewski, który w iście festiwalowym klimacie wybiegł w pewnym momencie w tłum. Obserwowałam to z oddali i banan pojawił się na mojej twarzy, bo było to takie niecodzienne (jak na Męskie Granie), a jednocześnie tak dziwne dla ludzi, że nawet go nie zauważyli. Później się zorientowali, otoczyli go, chcieli robić z nim zdjęcia… Było się z czego cieszyć!

Kolejna na scenie głównej zameldowała się Coma, a po nich Fisz Emade Tworzywo. Z Comą w moim przypadku jest tak, że lubię posłuchać ich pierwszych płyt, ale nigdy nie byłam fanką ekspresji scenicznej Roguckiego. Fisz Emade Tworzywo to z kolei nie do końca moja muzyczna bajka, chociaż to już drugi raz, gdy widzę ich na żywo. W tym miejscu warto chyba zaznaczyć, że każdy z koncertów na scenie głównej trwa 45 minut. Czas jest więc mocno showcase’owy i takie właśnie są te koncerty – największe przeboje, kilka nowości i do widzenia. Jeśli się kogoś nie zna, trudno go poznać, można się co najwyżej zaciekawić. Na długość setów jednak nie ma co narzekać. Przy takiej liczbie artystów trudno oczekiwać, żeby wszyscy grali standardowe godzinne czy półtoragodzinne koncerty. Najdłuższy jest występ Męskie Granie Orkiestra, który trwa 75 minut i między nami mówiąc – to zawsze jest petarda, najciekawsza i najlepsza część wydarzenia.

O zachodzie słońca na scenie rozbrzmiały pierwsze dźwięki projektu Zalewski śpiewa Niemena. Ucieszyła mnie obecność Krzysztofa z właśnie tymi utworami podczas koncertu w Poznaniu, a nie z autorskim materiałem. Przemknęła mi swego czasu przez głowę myśl, że dobrze byłoby posłuchać Zalewski śpiewa Niemena na żywo, nie tylko na płycie. Z nią mam pewien problem, o którym może kiedyś opowiem. Męskie Granie przyszło mi więc z pomocą i dało szansę wysłuchania niemenowych piosenek w krzysztofowych wersjach. Wrażenia? Pozytywne, potwierdzające, że Zalewski jest naprawdę dobrym muzykiem. Dobrą robotę robią też siostry Przybysz, które śpiewają w chórkach, a gdy trzeba także przejmują całe piosenki. Dobrze jest ten projekt pomyślany i zaaranżowany.

Gdy zaczynało się robić szaro na scenę wkroczył Kortez, uspokajając nieco atmosferę i jednocześnie podgrzewając ochotę na orkiestrowe popisy. Bardzo lubię jego pierwszą studyjną płytę. Gdy ją wydał widziałam go na żywo dwukrotnie – relacja tutaj i tutaj, ale nowa płyta jakoś do mnie nie trafiła. Ale nie wszystko musi, prawda? Wczoraj miałam okazję wysłuchać kilku nowszych piosenek na żywo. Wciąż wolę jednak te z pierwszego albumu.

Na zakończenie autorskich występów scenę przejął Dawid Podsiadło. Poprzedzono to oczywiście komentarzem, że dawno go nie było i że wraca, chociaż wszyscy tam zgromadzeni doskonale o tym wiedzieli. Zagrał piosenki z dwóch pierwszych płyt oraz dwa nowe utwory, był też cover T.Love, który nagrał w ramach rocznicowego projektu zespołu, a który ukazał się podczas tej słynnej przerwy. Czy na trzeciej płycie Podsiadło zmierza w dobrą stronę? Ci, którzy przyszli na Męskie Granie, żeby dowiedzieć się, czy warto kupić bilet na trasę Małomiasteczkową (jesienią w największych halach koncertowych w Polsce) chyba nie znaleźli odpowiedzi. Stare utwory, niczym stare przeboje Paramore po wydaniu After Laughter, doczekały się nowego, elektro-szlifu. W przypadku niektórych wypada to ciekawie, w przypadku innych nieco gorzej. Jesienią dam Wam znać, czy nowy Podsiadło daje radę, czy nadal pozostaję większą fanką Curly Heads.

Nastał wreszcie ten długo wyczekiwany moment, w którym scenę oddano we władanie Męskie Granie Orkiestra. Już od chyba trzech lat właśnie na ten moment czekam najbardziej. W artykule dotyczącym tegorocznej trasy podkreślałam, że bardzo się cieszę, że w tym roku na jej czele, jako dyrektor artystyczny, stanie Krzysztof Zalewski. Był to dla mnie znak, że muzycznie będzie świetnie. Kręciłam nieco nosem na zaangażowanie Korteza, bo pomijając sukces, jaki odniósł w ostatnich latach, kłócił mi się z wizerunkiem Orkiestry, jaki miałam w głowie. A tutaj bardzo miła niespodzianka! Okazało się, że Krzysztof Zalewski rewelacyjnie osadził Korteza w Orkiestrze. Nie spodziewałam się, że wypadnie to tak dobrze, a to przecież dopiero pierwszy koncert i z każdym kolejnym Orkiestra powinna być bardziej zgrana…

Odwiedzając stronę Setlist.fm znajdziecie pełen wykaz utworów, które włączono do repertuaru Orkiestry. Oprócz tegorocznego hymnu promującego trasę, czyli piosenki Początek zagrano też jedną z moich ulubionych piosenek Myslovitz, utwór Chłopcy. Była też Granda Brodki wykonana przez gościa specjalnego, Katarzynę Groniec oraz Szare Miraże Maanamu z udziałem Macieja Maleńczuka. Krzysztof Zalewski zaśpiewał również Minus 10 w Rio Lady Pank, które nagrał na specjalną wersję ich debiutanckiego albumu. Kortez wykonał piosenkę Ostatni Edyty Bartosiewicz. Pojawił się też hołd dla Roberta Brylewskiego w postaci odśpiewania utworu Niezwyciężony Armii, Keskese Kasi Nosowskiej i Sorry Polsko Marii Peszek. W jednym zdaniu powiedziałabym, że Zalewski zmieszał w setliście stare polskie piosenki z nowszymi. Jak się chłopaki lepiej zgrają to na koncercie zamykającym trasę w Żywcu będzie ogień!

Męskie Granie to cały czas jedno z najlepszych wydarzeń muzycznych, jakie odbywa się w naszym kraju. Twierdziłam tak rok temu, twierdzę i teraz. Cieszę się, że za sterami tej lokomotywy usiadł w tym roku Krzysztof Zalewski. Liczę, że w myśl męskograniowej tradycji zasiądzie za nimi również w 2019. Wiem, że bardzo trudno jest kupić bilet na to wydarzenie, ale polecam spróbować w przyszłym roku. Gwarantuję, że się Wam spodoba!