W miarę upływu lat i kolejnych koncertów happysad, na które przychodzę coraz bardziej doceniam ten zespół. Nigdy nie byłam ich wielką fanka, choć miałam epizod dłuższego zainteresowania i tak naprawdę przypomnieli mi o sobie dwa lata temu albumem Ciało obce. Wtedy zobaczyłam w nich inny zespół, ciekawszy, dojrzalszy, mający mi do zaoferowania coś więcej niż to, co dostałam jako nastolatka lata wcześniej. W piątek, 8 listopada byłam na koncercie happysad w poznańskiej Tamie. To zabawne, że Tama istnieje już dość długo a nigdy wcześniej się tam nie zjawiłam.

Samo miejsce bardzo przypomina PRL. Wielkie schody i szerokie korytarze, duże żyrandole, drewniana podłoga i wysokie sufity. Pewnie nie jedną zakrapianą imprezę partyjną tam urządzono, a teraz robi się tam średniej wielkości wydarzenia muzyczne. Trochę odzwyczaiłam się już od dusznych, nieklimatyzowanych obiektów, ale Tama przypomniała mi stary, nieistniejący już klub Eskulap. Wcale nie wyglądem, Eskulap był mniejszy i kwadratowy, a takim brudem rock’n’rolla unoszącym się w powietrzu. W pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Coś w tym jest, że muzyka happysad działa na mnie melancholijnie i zmusza do refleksji. Ale trudno, żeby tego nie robiła, skoro zespół koncertuje po Polsce świętując 18+ urodziny. Silą rzeczy jest więc refleksyjnie i człowiek zdaje sobie sprawę, że powiedzenie „jestem fanem od 10 lat” nie tylko nie robi już takiego wrażenia jak robiłoby, gdyby powiedział to ktoś od niego młodszy, ale też oznacza, że znanie czyjejś muzyki od 10 lat naprawdę znaczy, że przetrwało się z tym artystą nie jedno. Po prostu, człowiek czuje się stary widząc te wszystkie nastoletnie twarze, w happysadowych koszulkach euforycznie reagujące na Łydkę, Mów mi dobrze, Zanim pójdę

Już rok temu, w relacji z koncertu w Sali Wielkiej, pisałam, że to jest na swój sposób magiczne, że happysad przyciąga na koncertu ludzi w różnym wieku. To bez dwóch zdań fantastyczne, że mimo upływu lat, nowych muzycznych inspiracji i szukania w muzyce nowych emocji, ludzie cały czas wracają na koncerty zespołu, który poznali będąc w szkole czy na studiach. To wielki sukces, wielki przywilej i duży komfort. Myślę, że to też ten czynnik, który pozwala chłopakom iść do przodu, inspirować się tym, czym chcą się inspirować, nerwowo nie patrząc wstecz obliczając, w którą stronę lepiej skręcić tylko po to, żeby ostatecznie stać w miejscu i tworzyć piosenki będące kopiami własnych przebojów.

W Tamie znów byli ludzie z kilku różnych bajek – w pierwszych rzędach ściśnięci nastolatkowie, nastolatki piszczące na dźwięki przebojów, które rozpoznawały. W dalszej części klubu rodzice z dziećmi, które być może za 10 lat same wybiorą się na koncert happysad i będą się chwalić, że gdy miały 7 lat były na nim z rodzicami. No i tacy, jak ja, którzy nie mają już potrzeby okupować pierwszych rzędów, żeby chłonąć dźwięki i je doceniać.

A ja naprawdę z koncertu na koncert coraz bardziej doceniam happysad. Niezmiennie od ubiegłego roku jestem fanką wszelkich mniejszych i większych przeróbek, jakich doczekały się starsze piosenki. Bardzo podoba mi się też intro, w ogóle sam fakt, że jest, bo tak niewielu polskich artystów je ma… W przypadku tej trasy jestem też fanką setlisty, przekrojowego, ale uczciwego podejścia do świętowania jubileuszu. Happysad to zespół, który spokojnie mógłby koncertować po kraju z setlistą naszpikowaną przebojami, grać 20 utworów, schodzić ze sceny i dawać ludziom radość. Mając na koncie siedem płyt i ósmą w drodze trudno oczekiwać, że będą sięgać po repertuar ze wszystkich lat swojej działalności. Oni jednak to robią, właśnie na tej trasie, co sprawia, że jest ona jeszcze bardziej refleksyjna. Niby tak powinno być, skoro to trasa jubileuszowa, ale dobrze wiemy, że różnie bywa.

Z każdej z płyt wybrano kilka utworów, łącznie grając nieco ponad dwugodzinny koncert. Jest więc Zanim pójdę, 30 raz, Malinowy las, Mów mi dobrze, Made in China, Most na krzywej, Na ślinę, piosenki z ostatniej płyty, m.in. Nadzy na mróz i fantastyczna Heroina. Wiem, że o happysad mówi się zawsze raczej, jako o zespole grającym melodyjnego rocka, pozbawionego pazura i pełnego takiej chłopięcej wrażliwości i o ile, jest w tym mnóstwo prawdy, to na przykład ta wspomniana Heroina jest świetnym, zwłaszcza w wersji koncertowej, przykładem obalającym te teorię. Dowodem na to, że poszukiwania są muzykom potrzebne i mogą wyjść na dobre. I też dowodem na to, że happysad jest bardzo różnorodny.

W setliście nie brakuje też zapowiedzi nowej płyty, na którą czekam. Po cichu licząc na kolejne pozytywne zaskoczenie. Poznański koncert był więc dobrą okazją do posłuchania na żywo najnowszego singla, Jak dawniej, który ukazał się zaledwie chwilę wcześniej. Nie chcę go na razie oceniać, poczekam na całą płytę. Premiera Rekordowo letnie lato już za trzy tygodnie, więc lada moment. W sieci można też znaleźć utwór Cały, pierwszą zapowiedź krążka.

Happysad to zacny zespół. Grupa muzyków, którzy mimo tej osiemnastki na karku nadal nie stracili chęci i zapału do tego, co robią. Wychodzić co kilka dni na scenę, grać po 25 czy 26 utworów, nie przerywać ich co kilka minut pogadankami o polityce i życiu w kraju nad Wisłą, dawać naprawdę dobry koncert, nie spoczywać na laurach to duża sztuka. Sztuka, która nie udaje się wielu artystom z tak licznym dorobkiem i tak wysoką sprzedażą płyt.

Do zobaczenia za rok, mniej więcej o tej samej porze? Czemu nie! Chętnie uczynię z chodzenia na koncerty happysad nową, jesienną tradycję, bo zdecydowanie warto wejść na dwie godziny do świata happysadowych dźwięków, zostawiając za drzwiami codzienność, przypomnieć sobie utwory, jakich już nie słucha się na co dzień, a jakie nadal są tak bardzo znajome.