Wymyśliłam sobie, że w październiku chodzę do kina tylko na polskie produkcje. Pomysł nie jest przypadkowy, bo w tym miesiącu trafia na ekrany kilka krajowych produkcji, które chciałabym obejrzeć. Nie wiem tylko, w jakim dużym stopniu uda mi się ten plan zrealizować, ale początek nie jest najgorszy. W środę wybrałam się na film Ostatnia Rodzina. Mocno reklamowany w mediach komercyjnych, zachwalany i ze świetną obsadą.

Niewtajemniczonym wypada od razu powiedzieć, że Ostatnia Rodzina jest poświęcona rodzinie Beksińskich. Długo można byłoby opisywać kim byli, ale najprościej będzie napisać, że była to rodzina niesamowicie artystyczna, której prywatny świat był poplątany, jak spaghetti na talerzu.

Ojciec malarz, artysta. Syn radiowiec, felietonista. Matka nie pracująca w zawodzie, poświęcająca się rodzinie i trzymaniu jej w ryzach.

Najprościej byłoby napisać, że Zdzisław Beksiński i Tomasz Beksiński byli porąbani, nieprzystosowani do życia w otaczającym ich świecie, a jednocześnie fantastyczni w tym, co robili zawodowo. To, jak widz odbierze Beksińskich prywatnie to kwestia dość indywidualna. Moim zdaniem na uwagę o wiele bardziej zasługuje sam film, jako taki. Podejście do tematu, scenografia, aktorzy.

Z czym kojarzą się klasyczne filmy biograficzne? Ano z jednym bohaterem postawionym w centrum wydarzeń, na którym skupia się cała akcja produkcji i wszystko kręci się wokół niego. Jak zrobić dobry film dotykający prawdziwych zdarzeń, często od nowa odgrywający archiwalne wypowiedzi i wywiady, który weźmie pod lupę nie jednego, a trzech bohaterów? Na to pytanie odpowiedź zna Jan Matuszyński, reżyser filmu Ostatnia Rodzina.

W rolach głównych Dawid Ogrodnik, Andrzej Seweryn, Aleksandra Konieczna i Andrzej Chyra.

Trzy nazwiska doskonale już znane na polskiej scenie filmowej i jedno znane ciut mniej. Ogrodnik ponownie w roli trudnej, ale takie chyba lubi najbardziej, nad którą trzeba długo pracować, a jednocześnie zrobić wszystko, żeby jej nie przerysować. Młody Beksiński, stary z resztą też, miał gigantyczną osobowość i równie dużą charyzmę. Słowem – rola trudna do ugryzienia, ale Ogrodnik ma doświadczenie. Obejrzałam, już po wizycie w kinie, kilka wywiadów z Tomkiem Beksińskim chcąc się przekonać, jak Dawid mocno wszedł w rolę. I chyba trochę się zgadzam z tymi, którzy znali Tomka i uważają, że Ogrodnik przesadził. Nie powiem, sceny wyładowywania niezadowolenia były efektowne, ale na przykład problemów z dykcją aż tak olbrzymich Tomek nie miał.

Dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem okazała się Aleksandra Konieczna wcielająca się w rolę Zofii Beksińskiej. Do tej pory kojarzyłam ją jedynie z małych rólek w serialach i wiedziałam, że od kilku lat gra w Na Wspólnej. Tymczasem w Ostatniej Rodzinie stworzyła postać silnej, twardo stąpającej po ziemi kobiety, głowy rodziny. Osoby, która bierze życie takim, jakim jest, nie szarpie się z nim, a stara dopasować do każdej sytuacji. Bez względu na to, czy jest to opieka nad dwiema starszymi kobietami, akceptowanie nie zawsze racjonalnych zachowań męża, czy wreszcie tolerowanie nadpobudliwego syna, z którym niezwykle trudno jest złapać kontakt.

Cały film miał być bardziej o Tomku i Zdzisławie niż o Zofii, ale to ona była kręgosłupem tej rodziny.

Konieczna zagrała to fantastycznie! Aż żałuję, że więcej ją na małym ekranie niż na wielkim… Wypadałoby napisać coś o Andrzeju Sewerynie, ale jedyne co przychodzi mi do głowy to – odpowiedni aktor, do odpowiedniej roli. Dobrze jest sobie przypomnieć, a Ostatnia Rodzina właśnie to robi, jakich mamy w Polsce utalentowanych, a przy tym skromnych aktorów.

Na koniec coś, na co zwracam uwagę oglądając każdy film – scenografia. Akcja Ostatniej Rodziny zaczyna się w 1977 roku, gdy Tomek wprowadza się do swojego mieszkania, a rodzina Beksińskich przeprowadza się do Warszawy. Film kończy się śmiercią Zdzisława, prawie 30 lat później. Biegniemy więc przez historię Polski od czasów nie ma nic, do czasów jest wszystko. Fajnie pokazane są w filmie wątki przywilejów z Pewexów, ery walczenia o nowe płyty na winylach i przejście na magiczne płyty CD. To są takie smaczki, których w filmie jest pełno i przypuszczam, że ludzie, którzy pamiętają przeskok z PRLu do czasów już zbliżonych współczesności poczuli się dopieszczeni.