Tegoroczna edycja poznańskiego Spring Break była dla mnie wyjątkowo udana. Po pierwsze dlatego, że posłuchałam na żywo, premierowo, wówczas niewydanej jeszcze płyty Clashes Moniki Brodki. Po drugie wreszcie udało mi się zobaczyć na żywo Marcelinę, która niezbyt często odwiedza Poznań. A po trzecie poznałam Martę Kosakowską.

Marika, bo o niej mówię, wypuściła w październiku 2015 roku fantastyczny album, który zatytułowała po prostu swoim imieniem i nazwiskiem. Płyta mi umknęła, chyba nawet o jej istnieniu nie wiedziałam, ale podczas Spring Break nadarzyła się okazja, żeby posłuchać kilku utworów na żywo. Spontanicznie, przez przypadek.

Album Marta Kosakowska powinien trafić do zestawienia najlepszych płyt 2015 roku.

Powinien, ale tak się nie stało, bo posłuchałam go po raz pierwszy w kwietniu. Ponoć w życiu wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Bardzo się cieszę, że los zaciągnął mnie na tyły CK Zamku i kazał posłuchać Mariki na żywo. Gdyby tak się nie stało do dzisiaj kojarzyłabym Martę z brzmieniem z początku kariery, piosenkami, które nigdy szczególnie do mnie nie trafiały i nie zachęcały do słuchania całych płyt.

Zamieszczam ten album w POPvencie, ponad rok po jego premierze, bo cały czas dziwnie mi z tym, że pominęłam go w ubiegłorocznych zestawieniach. Niedawno do niego wróciłam i znów nie potrafię się oderwać. Posłuchajcie. To jest tego rodzaju płyta, której komercyjny sukces byłby wydarzeniem na miarę sukcesu debiutanckiej płyty Dawida Podsiadło. Zupełnie nowe, inne brzmienie Mariki. Płyta bardzo osobista, dopracowana muzycznie, z pięknymi tekstami po polsku. Hipnotyzująca, wciągająca.

Przeczytaj także: Spring Break 2016 – relacje