Skąd wiesz, że słuchasz jednej z najpiękniejszych i najciekawszych płyt wydanych w danym roku? Skąd wiesz, że w setkach tysięcy nowych plików udostępnianych w serwisach streamingowych nie przegapisz perełki? Płyty przez którą nie będziesz mógł zasnąć lub płyty, przy której będziesz chciał zasypiać? Zabierać ze sobą wszędzie dokąd zmierzasz i przekonywać znajomych, że powinni jej posłuchać? Drugi studyjny album Phoebe Bridgers to może być najlepszy album, jaki usłyszałam w 2020. Płyta Punisher staje się poważną konkurencją w moim prywatnym rankingu najlepszych z tego roku, a zarazem udowadnia, że 2020 to naprawdę, mimo swej nieprzewidywalności, rewelacyjny rok w muzyce.

Każdego roku, gdy publikuję Muzyczne wróżenie piszę, że tak naprawdę najbardziej wyczekuję płyt artystów, których jeszcze nie znam. Prawda jest taka, że nic nie sprawia mi większej przyjemności niż odkrywanie nowych artystów. O Phoebe Bridgers słyszałam na długo przed premierą Punisher, ale nigdy nie zagłębiałam się w jej twórczość. Trudno słuchać wszystkiego. Na szczęście coś podkusiło mnie, żeby odpalić jej drugi studyjny album. Ależ to jest rewelacyjna – muzycznie i tekstowo płyta! Jaka to jest muzyczna podróż, jaka uczta dla zmysłów!

Singiel Kyoto daje nieco mylne wyobrażenie o tej płyty, to jedna z najżywszych i najbardziej energicznych kompozycji, choć muzycznie nie ustępuje pozostałym utworom. Punisher to płyta idealna do leżenia, siedzenia w skupieniu i słuchania, czerpania radości z dźwięków, delikatnego głosu Phoebe. To nie jest album do słuchania w trakcie lub pomiędzy robieniem czegoś angażującego, to nie jest płyta towarzysząca innym czynnościom. A jeśli ktoś tak jej słucha to nie słucha jej uważnie.

Bridgers opowiada historie. Przenosi w swój magiczny, refleksyjny, niebywale obrazowy świat, miesza humorystyczne spojrzenie na rzeczywistość z mroczniejszymi obserwacjami. Słychać to na przykład w pierwszej zwrotce piosenki Halloween czy tytułowym Punisher. Trudno mi jednak wybrać jeden czy dwa najciekawsze utwory. Uwielbiam Moon Song, chętnie wracam do hipnotyzującego pierwszymi dźwiękami Garden Song, ale zamykające album I Know The End, ostatnie trzy minuty, gdzie pojawia się full band i mnóstwo rozmaitych instrumentów to fantastyczne zwieńczenie Punisher. Skrzypce mieszające się z dźwiękami gitary elektrycznej, coraz bardziej energicznie brzmiąca perkusja…

To jeden z tych utworów, które chciałby mieć w swoim repertuarze każdy artysta marzący o pompatycznych, elektryzujących zakończeniach koncertów – z przepychem w postaci mnogości instrumentów dających wrażenie spontanicznej improwizacji. Podobne sprawia otwierające płytę DVD Menu, z tą różnicą, że tutaj przywoływane są skojarzenia z początkiem koncertu, gdy w ciszy muzycy wychodzą na scenę i sprawdzają, czy ich instrumenty są gotowe do występu.

Uwielbiam słuchać płyt, na których artysta zaprasza do swojego świata, tworzy muzykę brzmiącą tak, jakby grał tylko dla Ciebie lub grupy przyjaciół w salonie na podłodze, a nie w studiu nagraniowym. Punisher brzmi intymnie. To wielka sztuka, dziś coraz częściej porzucana przez topowych artystów na rzecz piosenek brzmiących jak hymny, przekrzyczanych, przepełnionych dźwiękami. Intymność tej płyty sprawia, że przypominasz sobie, jak piękna jest muzyka, ile zmysłów może poruszyć i ile historii opowiedzieć. Posłuchajcie Chinese Satellite – ta delikatna, elektryczna gitara lub Graceland Too – ten klimat country, i zrozumiecie, co mam na myśli!

Na takie płyty chce się czekać, za takim rodzajem wrażliwości się tęskni, takich płyt chce się słuchać. Na pewno jest to jedna z najciekawszych płyty, jakie usłyszałam w pierwszej połowie 2020 roku. Może i najciekawsza. Phoebe, dziękuję że jesteś!

Albumu można posłuchać w serwisach streamingowych.