W muzyce, jak w każdej dziedzinie, zdarzają się krótkie przestoje. Rok 2019 nazwałabym właśnie takim rokiem, choć zdaję sobie sprawę, że w podobnym tonie pisałam o 2018. Gdy patrzę, co może przynieść rok 2020 dochodzę jednak do wniosku, że to może być najciekawszy muzycznie rok od trzech lat. Oczywiście dla mnie, dla Ciebie nie musi. Nowy rok zapowiada się, zarówno pod względem koncertowych doświadczeń jak i muzycznych premier, wprost wyśmienicie. Zebrałam nazwiska artystów, na których nowe płyty czekam. Listę uzupełniłam tymi, którzy po cichu wspominają o nowej płycie, ale nie ujawnili jeszcze daty premiery.

W ubiegłym roku, pod koniec stycznia, opublikowałam tekst na ten sam temat. Sprawdziłam i dwanaście albumów, o których wówczas pisałam rzeczywiście się ukazało. Na liście było niespełna trzydzieści nazwisk. Niektórzy nie wydali płyt, ale zapowiedzieli, że zrobią to w 2020 roku, więc nie mogło ich zabraknąć w także w tym tekście.

Tradycyjnie, jak co roku, z niecierpliwością czekam na koniec roku, żeby przekonać się, ile przepowiedni się sprawdziło lub kto wydał album z zaskoczenia. Jestem też ciekawa, ilu nowych artystów poznam właśnie dzięki temu, że wydali nowe, świetne płyty.

W 2020 oni zapowiedzieli, że wydadzą nowe albumy…

Halsey – MANIC – 17 stycznia 2020

Wiele napisałam już o tej płycie, bo Halsey jest bardzo konsekwentna zarówno w opowiadaniu o krążku, jak i publikowaniu kolejnych singli. Niezmiennie twierdzę, że ten album może być ciężkostrawny, bo już teraz słychać (słuchając choćby Beautiful Stranger i Without Me), że muzycznie będzie bardzo różnorodnie. Na jednym z popularnych muzycznych for internetowych ktoś trafnie zauważył, że Halsey nie może się zdecydować dla kogo nagrywa. Z jednej strony tworzy kompozycje, które idealnie pasują do przemyśleń ludzi w jej wieku, a z drugiej współpracuje z członkiem koreańskiego boysbandu, który jest ubóstwiany przez młodszych słuchaczy.

Na tydzień przed premierą MANIC wiem już, że wśród dziewiętnastu nowych piosenek i tak znajdzie się więcej przyjemnych dla ucha kompozycji niż te z hopeless fountain kingdom. Na zaskoczenie na poziomie Badlands jednak nie liczę.

Green Day – FATHER OF ALL… – 7 lutego 2020

Wiele razy w ubiegłym roku myślałam o powrocie Green Daya, ale było to zanim ogłosili, że faktycznie mają gotowy nowy album i zamierzają go wydać. Zatęskniłam za ich energią, marzył mi się ich koncert. Od września wiadomo, że na luty zaplanowano premierę ich nowej, dość specyficznej płyty. Materiał, jaki trafi na krążek zatytułowany Father of  all… trwa 26 minut i składa się z 10 kompozycji, co oznacza, że lekko przekracza próg, od którego wydawnictwo można nazwać płytą długogrającą a nie EP-ką.

W tym przypadku bardziej niż na samą płytę czekam na koncerty! W marcu Green Day rusza w świat, a w wakacje zawita do Europy. Na koncerty jedzie wspólnie z Weezerem i Fall Out Boy, w takim towarzystwie zjawi się też w Czechach na festiwalu Rock for People. W piątek, 19 czerwca będzie ich można oglądać na wspólnej scenie z Weezer i The Pretty Reckless. Szczegóły dotyczące festiwalu są dostępne tutaj.

Oh Wonder – NO ONE ELSE CAN WEAR YOUR CROWN – 7 lutego 2020

Od czasu koncertu w poznańskim MTP2 zerkam co pewien czas sprawdzając, co słychać u Oh Wonder. Tym sposobem dowiedziałam się, że w lutym wydają trzeci studyjny album. Po singlach Hallelujah i Better Now wnioskuję, że duet trzyma się swojego stylu, popu zmieszanego z elektroniką, któremu wyjątkowości dodaje wokal Josephine.

Noel Gallagher’s High Flying Birds – BLUE MOON RISING EP – 6 marca 2020

Z Noelem jest tak, że lubię posłuchać High Flying Birds, ale częściej wracam do solowych płyt Liama, a jeszcze chętniej włączam Oasis. Nie zmienia to jednak faktu, że Gallagherowie mają w sobie coś, co mnie do nich przyciąga i stają się moją alternatywą w świecie nowoczesnej muzyki. Pięć lat temu bardzo dużo słuchałam Chasing Yesterday, drugiej płyty Noel Gallagher’s High Flying Birds, i czekam na nagrania, które zafascynują mnie z podobną siłą.

Me and that Man – NEW MAN, NEW SONGS, SAME SHIT VOL. 1 – 27 marca 2020

Trzy lata temu Nergal zaskoczył mnie płytą Songs of Love and Death wydaną wspólnie z Johnem Porterem. Później, latem 2017, miałam okazję posłuchać tego materiału w wersji koncertowej. Na premierę drugiej płyty Me and that Man czekałabym pewnie z dużym zainteresowaniem bez względu na to, z kim zostałaby nagrana, ale od sierpnia uważnie śledzę wszystkie nowe doniesienia na jej temat. Doskonale się złożyło, że w dzień publikacji tego tekstu ujawniono tracklistę albumu New Man, New Songs, Same Shit vol. 1. Na albumie znajdzie się piosenka Coming Home nagrana wspólnie z Sivertem Høyem z Madrugady! Oprócz tego będzie wielu innych skandynawskich muzyków…

W dniu premiery krążka w Londynie odbędzie się specjalny koncert ze specjalnymi gośćmi, a w kwietniu Me and That Man będzie koncertować po Polsce. Daty wszystkich już ogłoszonych dat można znaleźć tu.

Alanis Morissette – SUCH PRETTY FORKS IN THE ROAD – 1 maja 2020

Pamiętacie Muzyczne szorty #42? Napisałam w nich, że Alanis Morissette nie ma złych płyt i dlatego tym bardziej z niecierpliwością czekam na premierę Such Pretty Forks In The Road. Nic się w tej kwestii od początku grudnia nie zmieniło. Z całej tej listy premier 2020 roku powrót Alanis jest na szczycie mojej listy. Być może dlatego pod koniec roku kupiłam kilka jej starszych płyt, żeby uzupełnić kolekcję.

The Killers – IMPLODING THE MIRAGE  – ??

Ominęła mnie wielka fascynacja The Killers w czasach, gdy fascynował się nimi cały świat. Podczas gdy sprzedawali miliony płyt, zgarniali platyny za debiutancki Hot Fuss w 2004 czy Sam’s Town dwa lata później, ja dopiero w 2017 roku naprawdę zainteresowałam się ich muzyką. Stało się tak za sprawą albumu Wonderful Wonderful, który nazwałam później moim ulubionym zagranicznym albumem roku. Nie wiem, czego mam się spodziewać po Imploding the Mirage, ale trzy lata temu The Killers zawładnęli moimi playlistami i bardzo chętnie oddam im sporo miejsca także w tym roku.

Artur Rojek – KUNDEL – ??

Trochę niewłaściwie, i nieodpowiedzialnie, jest pisać te słowa przed premierą płyty i w dodatku w pierwszych dniach nowego roku, gdy wszystko może się jeszcze zdarzyć, ale kurde… Za kilkanaście tygodni Artur Rojek wydaje drugi solowy album, a ja już teraz wiem, że Kundel będzie moim ulubionym polskim krążkiem 2020 roku. Po prostu to wiem. I jednocześnie nie wiem, co Rojek musiałby wydać, żebym była rozczarowana.

PVRIS – ?? – ??

Akurat w przypadku PVRIS o rozczarowania nie jest trudno. Nie pamiętam już w jakich okolicznościach poznałam ten zespół, ale po ich pierwszym koncercie, na którym byłam w 2016 roku zaczęłam dochodzić do wniosku, że to jeden z tych zespołów, które lepiej brzmią na płycie niż na żywo. Smutna prawda! Teoretycznie nie jest to nic dziwnego, bo wielu jest muzyków, którzy też borykają się z tym problemem, ale jednak moje koncertowe doświadczenia pokazują, że w przewadze jest sytuacja odwrotna. Rok później, w 2017, słuchając PVRIS na żywo w Londynie po raz drugi wyszłam z koncertu z przeświadczeniem, że nie warto chodzić na ich koncerty. Tak było, choć ich płyty nadal włączam. Dlatego też czekam na premierę trzeciego albumu.

W grudniu 2018 roku wokalistka PVRIS, Lynn Gunn udzieliła wywiadu magazynowi RockSound, w którym przyznała, że na pewnym etapie koncertowania zniszczyła sobie głos. Szczerze przyznaję, że nie chce mi się szczegółowo analizować tej sytuacji, ale moje koncertowe doświadczenia z PVRIS pokazuje mi, że od samego początku Lynn nie potrafiła śpiewać. Nowe piosenki, w tym EP-ka wydana w 2019 roku to już brzmienie bardzo odległe od brzmienia debiutanckiego White Noise. W życiu człowiek wplątuje się czasem w dziwne relacje, w których wie, że będzie cierpiał i że będzie bolało, ale nie potrafi od nich uciec. Tak mogę scharakteryzować mój związek z tym zespołem. Czekam na ich trzeci album jednocześnie wiedząc, że nie znajdę na nim wiele dla siebie.

The Pretty Reckless – ?? – ??

Na powrót The Pretty Reckless czekam z wypiekami na twarzy. Jak już wspomniałam będzie ich można oglądać podczas letniego festiwalu Rock for People w Czechach, będą też grać na wielu innych festiwalach, co dość jasno pokazuje, że nowy album ukaże się w 2020 roku. Płyta Who You Selling For to najprawdopodobniej jeden z najbardziej niedocenionych albumów 2016 roku, moja ulubiona zagraniczna płyta tamtego okresu.

Tak, jak w przypadku albumu Kundel Artura Rojka zaryzykowałam stwierdzenie, że będzie to mój ulubiony krajowy krążek 2020, tak w przypadku płyty The Pretty Reckless zaryzykuję, że będzie to moja ulubiona zagraniczna płyta. Nie będę oszukiwać, że to nie jest najbardziej wyczekiwany przeze mnie muzyczny powrót w 2020, jest. Po nim jest Alanis.

Bleachers – ?? – ??

Zapomniałam o Bleachers i miało go nie być w tym tekście, ale Jack Antonoff wrzucił tweet, w którym napisał, że wydaje w tym roku nowy album! Szybciutko więc dopisałam go do listy, bo wydany w 2017 Gone Now bardzo lubię i bardzo chętnie do niego wracam. Jack nigdy nie zawodzi – solo, współpracując z innymi artystami. To rewelacyjny producent, świetny muzyk.


W 2020 oni mogą wydać nowe albumy…

U Miley Cyrus wiele się w 2019 roku pozmieniało. Po ślubie, momentami świetnej EP-ce i koncertach w Europie przyszło rozstanie i zmiana planów wydawniczych. Miały być trzy EP-ki, ukazała się jedna. Na ten rok Miley, w charakterystycznym dla siebie stylu, zbuntowanym i seksownym zapowiedziała nową muzykę. Po Mother’s Daughter biorę wszystko co chce wydać w ciemno.

Amy Macdonald dużo ćwiczy na siłowni, spędza dużo czasu z mężem piłkarzem i pierwszy raz od dawna nie koncertuje. Efekt? Gdzieś tam w komentarzach na Instagramie można było wyczytać, że nowy album jest w trakcie powstawania, więc być może 2020 to ten rok, w którym go wyda. Trzymam kciuki, żeby zaskoczył pozytywnie, bo Under Stars nie był tak dobry jak jego poprzednik.

W 2019 roku Biffy Clyro wypuścili genialną płytę, soundtrack do filmu Balance, Not Symmetry. Jeszcze przed jego wydaniem wspominali, że mają gotowe dwie płyty, po wydaniu soundtracku zaczęli wrzucać zdjęcia ze studia przypominając, że nie poprzestali na rewelacyjnych nagraniach do filmu. Nowa płyta ma się ukazać w pierwszej połowie 2020 roku i wierzę, że nagranie Balance, Not Symmetry otworzyło ich na nowe rozwiązania, co zaowocuje drugą rewelacyjną płytą.

Petals for Armor to nazwa nowego, i pierwszego w prawie dwudziestoletniej karierze, muzycznego projektu Hayley Williams, wokalistki Paramore. Na 22 stycznia zapowiedziano premierę pierwszego smaczka. Hayley przez kilka jesiennych tygodni bawiła się z fanami rozrzucając po sieci zagadki, a w grudniu w dniu swoich urodzin zapowiedziała, że w 2020 roku wypuści muzykę, którą chce nazywać „swoją własną”. Tak naprawdę do dziś otwarcie nie powiedziała czy nie napisała, że Petals for Armor to jej nowy sceniczny pseudonim, ale rozrzuciła tyle podpowiedzi, że nikt już nie ma wątpliwości.

O projekcie nie wiadomo wiele, prócz tego, że powstał przy pomocy jej najbliższych przyjaciół. Zarówno muzyków, jak i artystów. Nie stoi za nim, a przynajmniej zupełnie nic na to nie wskazuje, żadna duża wytwórnia płytowa. Czego można się spodziewać? Hayley obraca się w bardzo artystycznym środowisku, muzyków i artystów grafików, więc ja liczę na piękne efekty wizualne. Znając ją będzie też sporo „podnoszącego na duchu pierdolenia”, ale muzycznie raczej nie będzie to wielkie zaskoczenie. Osoby liczące na nagłą wielką, solową karierę Hayley mogą się rozczarować.

Nigdy nie byłam fanką Rihanny, znam kilkanaście jej piosenek, bo to przeboje, które po prostu się zna, ale czekam na jej powrót do muzyki. Ta dziewczyna podbijała swego czasu wszystkie listy przebojów, czarowała głosem i urodą. Rozumiem, że po dziesięciu latach intensywnej pracy w jednej branży ma się ochotę otworzyć szerzej nowe drzwi, które przez te dziesięć lat zaczęły się uchylać, ale mogłaby już wrócić do muzykowana. I przestać, co pewien czas, mówić lub pozwalać mówić innym, że już niedługo, już niebawem.

Ostatnia studyjna płyta Ellie Goulding Delirium miała być jej największym w karierze komercyjnym przedsięwzięciem. Niespecjalnie się to udało, ale wierni fani mogli chociaż liczyć na trasę koncertową i nowe teledyski. Od premiery płyty mija w tym roku już pięć lat, co może się wydawać niemożliwe, ale takie są fakty. W ubiegłym roku Ellie wypuściła kilka nowych singli, o dwóch pisałam w Muzycznych szortach, ale albumu z tego nie było. Odnoszę wrażenie, że Goulding wpadła w pułapkę, w której jest także Halsey – po wielkim sukcesie jednego singla usilna próba, żeby każdy kolejny powtórzył jego sukces, albo go przebił.

Do muzyki sióstr HAIM przekonywałam się stosunkowo długo, ale ich girl power zaczął mi w końcu bardzo odpowiadać. Miniony rok umilały nowymi singlami, niech 2020 umilą pełną płytą.

Krzysztof Zalewski skradł mój 2016, album Złoto to moja ulubiona polska płyta tamtego roku. Przypomina mi się o niej, gdy piekę świąteczne pierniczki, bo w 2016 piekłam jej nałogowo słuchając tego krążka. Od mniej więcej półtora roku Krzysztof powtarza, że tworzy i komponuje. Z pewnością nie jest to łatwe, gdy co chwilę wyskakują nowe muzyczne projekty i trasy koncertowe. Może 2020 zaowocuje nowym albumem?

Koleżanka Krzysztofa, Monika Brodka będzie w tym roku świętowała cztery lata od premiery przełomowej w jej karierze płyty Clashes. Monika lubi dłuższe przerwy w wydawaniu płyt i w jej przypadku kończy się to zawsze świetnym materiałem, więc nie chcę jej poganiać, ale wrzucała niedawno zdjęcia ze studia nagraniowego, więc musiała trafić na moją listę.


W 2020 oni też mogliby wydać nowe albumy…

Nina Kinert niebawem znów zostanie mamą, ale macierzyństwo nie przeszkadza jej w wydawaniu nowych singli i EP-ek. Przeszkadza jej co prawda w koncertowaniu, czy w ogóle jakimkolwiek szerszym promowaniu muzyki, ale pogodziłam się już z faktem, że Niny trzeba słuchać w streamingu, nie na żywo. Lata lecą, a powrotu Curly Heads nie ma, ale Dawid Podsiadło coś tam wspomina o nowej muzyce, więc może tym razem obędzie się bez dłuższej przerwy, a Polacy ponownie oszaleją. Foo Fighters robią podobnie, zafascynowani hashtagami i zagadkami w mediach społecznościowych enigmatycznie zapowiadają, że w 2020 roku dołączą do grona zespołów, które wydadzą nowe albumu. Podobnie zresztą jest z Red Hot Chili Peppers, którzy znów grają z Johnem Frusciante.

Znacie Nasty Cherry? To zespół, który stworzyła Charli XCX. Na Netflixie można obejrzeć serial dokumentalny na ich temat, a na Spotify posłuchać pierwszych nagrań. Biorąc pod uwagę ogrom promocji, bo serial na Netflixie trudno nazwać brakiem promocji, w teorii 2020 powinien należeć do tych dziewczyn. Może też należeć do Sama Smith, którego nie słucham, ale podsłuchuję i do Adele, której fanką także nie jestem, ale o ich nowych płytach mówiło się już w 2019 roku. To są dwa naprawdę topowe nazwiska, więc choćby dla samego obserwowania kampanii promocyjnej wrzucam ich na listę.

Trochę na doczepkę pojawia się tutaj The Pierces, zespół który zawiesił działalność w 2015 roku zachęcił ostatnio do obserwowania ich profilu w mediach społecznościowych, a już kilka miesięcy temu siostry napomknęły, że być może wrócą do wspólnych występów. Smutna prawda jest taka, że z solowych karier niewiele im wyszło. Allison, co prawda wydała album, CAT wiele singli, ale ostatnie cztery lata można traktować bardziej jako przerwę od intensywnej pracy w zespole, układanie życia osobistego niż faktyczną, intensywną pracę nad solowymi materiałami. Ponieważ od premiery albumu Something Worth Saving Gavina DeGrew miną jesienią cztery lata liczę, że prace nad następcą są bardzo zaawansowane. Uwielbiam ten album i potrzebuję kolejnego.


I jak, w obliczu tych wszystkich możliwości nie patrzeć z optymizmem w przyszłość? To będzie dobry muzyczny rok! Nawet jeśli z mojej listy ukaże się tylko jedna trzecia płyt.