Poprawność polityczna, poprawność społeczna potrafi zniszczyć potencjał niejednej hollywoodzkiej produkcji. Przekonało się o tym już wielu producentów, a przypomnieli sobie ci stojący za serialem Rada ojców (ang. Council of Dads) emitowanym obecnie na Canal+ i należącym do katalogu produkcji stacji NBC, gdzie zadebiutował pod koniec marca. To serial obyczajowy, przepełniony morałami i obietnicą dobrego świata na podstawie książki Bruce’a Feilera o tym samym tytule. O Radzie ojców pisałam po raz pierwszy w Monthly na marzec 2020, zaciekawiona nową produkcją z Sarah Wayne Callies w roli głównej. Teraz już wiem, że NBC skasowało plany na kontynuacje i po dziesięciu obejrzanych odcinkach potrafię zrozumieć ich decyzję.

Twórcy seriali nie mają łatwego życia. Mnogość platform i stacji telewizyjnych, którym można sprzedać prawa czy scenariusz sprawia, że konkurencja jest silniejsza niż kiedykolwiek. Na przykładzie Council of Dads widać, że nawet ponad trzy milionowa widownia to za mało, żeby inwestować w drugi sezon. Być może gdyby ten serial ukazał się w spokojniejszych czasach, miałby szansę bardziej przebić się do świadomości widzów. A może telewizja w Stanach Zjednoczonych nie potrzebuje powtórki w postaci serialu podobnego do This is Us, a amerykański widz nie chce oglądać wyidealizowanych rodzin?

Rada ojców to jeden z tych seriali, który pomimo naprawdę dobrej obsady nie potrafi wzbudzić emocji potrzebnych do tego, żeby pokochać bohaterów i chcieć zostać z nimi na lata. Co jest o tyle smutne, że ten serial aż błaga o to, żeby te emocje wzbudzać. Toczy się bowiem wokół choroby, śmierci i żałoby. A nie ma przecież nic bardziej emocjonalnie uderzającego w człowieka.

Scott Perry ma żonę, piątkę dzieciaków i zdiagnozowanego raka. Jeśli umrze, jego pociechy zostaną bez pomocy oraz dobrego słowa taty. Inni w sytuacji Scotta pisaliby testament, on powołuje „radę ojców”. To grono jego przyjaciół; facetów w różnym wieku i o różnym podejściu do życia. Teraz sukces rodziny Perry będzie miał naprawdę wielu ojców. Wzruszająca historia obyczajowa o nietuzinkowej familii – opis serialu pochodzący z nc+ GO.

Po spojrzeniu na obrazek z nagłówka, czyli oficjalne zdjęcie reklamujące serial możecie zauważyć pierwszą trudność w odbiorze produkcji. To rodzina wielorasowa, dzieci adoptowane, biologiczne, transpłciowe, geje i lesbijki. Mieszanka piękna, pokazująca że takie rodziny można stworzyć i wychować w nich szczęśliwe, spełnione dzieci. Trudno jednak uwierzyć, że nie jest to serialowa fikcja, bo wystarczy oderwać wzrok, skończyć odcinek i człowiek przypomina sobie, że społeczeństwo, które go otacza wcale nie jest otwarte na tak różnorodne rodziny. W jednym z odcinków syn Robin wypowiada zdanie, które idealnie trafia w sedno: nie jestem wyjątkowy, ani trans, ani adoptowany. No właśnie, namnożenie wyjątkowości sprawia, że ten serial przestaje być realistyczny.

Przypomina marzenie o społeczeństwie. Marzenie, które pryska niczym bańka mydlana, gdy wyjrzymy za okno, odpalimy stronę serwisu informacyjnego czy włączymy telewizor chcąc się dowiedzieć, co słychać na świecie. Bywa trudne utożsamienie się z bohaterami, którzy wydają się wieść życie wymarzone, nierealne i odstające od codzienności. Chcę wierzyć, że istnieją takie społeczeństwa, takie rodziny i takie relacje, jakie rodzina Perry stworzyła wokół siebie. Na razie jednak Radzie ojców bliżej do miłej wizji przyszłości, miejmy nadzieję nie aż tak odległej, niż rzeczywistości. W dodatku fakt, że serial oparty jest na żałobie sprawia, że w czasach szalejącej pandemii, protestów, wybuchów niezwykle trudno czerpać radość z oglądania smutku serialowych bohaterów.

A gdy już ich polubisz i wkręcisz się w ich życie sezon dobiega końca. Przyzwyczajona do seriali w serwisach streamingowych zapomniałam, że stacje telewizyjne lubią urywać wątki w środku, zostawiając rozwinięcie na kolejny sezon, tworząc z seriali obyczajowych swego rodzaju telenowele. W przypadku Rady ojców ciągu dalszego ma jednak nie być.

To w ogóle trochę serial, który idealnie wpasowałby się w klimat starych seriali. Całość zaczyna się odcinkiem pilotażowym, który zadziałał na mnie dokładnie tak, jak działały piloty seriali sprzed dekady – obejrzałam i doszłam do wniosku, że ktoś streścił mi swój pomysł na całą produkcję. Jeden sezon mógłby spokojnie oscylować w okolicach 24, 25 odcinków. Wówczas akcja nie pędziłaby tak do przodu, a widz nie odnosiłby wrażenia, że bohaterowie w ciągu niecałego roku od śmierci ważnej dla nich osoby przeszli olbrzymie metamorfozy. Lubię seriale z szybkim tempem akcji, ale w tym przypadku trudno mi nadążyć za bohaterami, którzy w kilka miesięcy aż tak bardzo się zmieniają, aż tak wiele zmienia się w ich życiach, a wszystko co robią, robią z uśmiechami na twarzach. No, prawie wszystko.

Pewne jest jedno – Rada ojców miała szansę odnieść sukces, bo zaangażowano naprawdę doskonałych aktorów. Po raz pierwszy od dawna widziałam Sarah Wayne Callies w roli kobiety, która nie zmagała się z zagładą świata. Blue Chapman jest rewelacyjnym dziecięcym aktorem, z wielkim urokiem, a od Michele Weaver bije takie ciepło, że wystarczy, że pojawi się w jakiejś scenie i staje się ona barwniejsza. Coś jednak sprawiło, że doskonały pomysł nie wypalił. Myślę, że twórcy zbyt szybko i w za dużym chaosie postanowili wyłożyć na stół wszystkie karty. Nie zostawili sobie zbyt wiele na później, zarazem tworząc jeden lub dwa odcinki, które były naprawdę interesujące. A to za mało, chociaż jeśli ktoś chciałby to kontynuować, nie miałabym nic przeciwko. Potrzebujemy bowiem seriali, które pokazują, że inność to normalność.