Od czasu do czasu sięgam po lekkie i odprężające seriale, a ponieważ czasy są ciężkie, przyjemne dla oka i relaksujące dla mózgu produkcje zaczynam doceniać coraz bardziej. Ubiegły weekend upłynął mi więc na poznawaniu historii Emily Cooper, która w celach zawodowych przeprowadziła się z Chicago do Paryża. A ponieważ serial Emily w Paryżu jest ostatnio jedną z najpopularniejszych produkcji Netflixa, ze skrajnymi recenzjami, tym bardziej chciałam sprawdzić, o co tyle szumu i w co zainwestowała Lily Collins, odtwórczyni głównej roli i jedna z producentek.

Już od dłuższego czasu, czego nie ukrywam w kolejnych recenzjach, nie oczekuję od Netflixa, że czymkolwiek mnie zaskoczy. Seriale, które powinny mnie zachwycać wymagającymi wątkami i skomplikowanymi losami bohaterów okazują się błahe i bez wyrazu. Być może właśnie dlatego pomyślałam, że sięganie po te z założenia lżejsze, bardziej komediowo-romantyczne produkcje pozwoli mi odkryć na Netflixie tytuły dobre, które dawniej przegapiałam, szukając jedynie dreszczyku emocji i genialnej gry aktorskiej.

Serial Emily w Paryżu to ładne sukienki i wyświechtane stereotypy. To naprawdę bardzo amerykańskie spojrzenie na Paryż, różnice kulturowe i mentalne. W tym serialu jest od groma i trochę powielania stereotypów zabawnych oraz bardzo krzywdzących, ale co dla mnie najciekawsze, zrobiono to jednak z dużym dystansem i pewnym urokiem. Naiwność wypływająca z zachowania Emily sprawia, że trudno traktować ten serial inaczej niż z przymróżeniem oka. 

Oglądając zaledwie raz bądź dwa przeszła mi przez głowę myśl, że Emily jest nieprzyjemnie niewyedukowana i jej wpadki są przejaskrawione. Jak na dziesięć odcinków myślę, że wynik nie jest najgorszy. Na pewno pomagał fakt, że ta opowieść jest urocza i najprościej mówiąc, oglądając człowiek godzi się na pewne przyjęte przez scenarzystów konwencje. Jak na przykład ta, że Emily ma wieczny problem ze zrozumieniem różnic w języku angielskim ze Starego Kontynentu a tym, jaki zna z własnego kraju. Myli piętra, zapis godzin, ale na własne szczęście nie wylądowała w Anglii, bo pewnie często wpadałaby pod samochód.

Lily Collins jest jedną z tych aktorek młodego pokolenia, które z lekkością tworzą postaci takie jak Emily Cooper. Jest infantylnie i dziewczęco, jest romantycznie i czasem melancholijnie, jest kolorowo i barwnie, ale w tym wszystkim jest też pokazanie pewnej walki o swoje marzenia. Emily przyjeżdża do Paryża pracować, jej pracodawca prosi ją, aby wprowadziła we francuskim oddziale trochę amerykańskiej energii i spojrzenia na marketing. Na drodze bohaterki postawiono Francuzów jak z obrazka, uosobienie chyba wszystkich możliwych stereotypów – od niechęci wobec języka angielskiego zaczynając, ale Emily z pewną charakterystyczną dla siebie naiwnością nie poddaje się trudnościom. Trzeba jej oddać, że jest pewna siebie i trudno pozbawić jej wiary we własne możliwości. Nie ma dla niej rzeczy niemożliwych i właśnie to sprawia, że człowiek relaksuje się obserwując dziewczynę w ładnych sukienkach, z zawsze precyzyjnym makijażem i ułożonymi włosami, która z każdego niepowodzenia wychodzi obronną ręką. Z hollywoodzkim uśmiechem na twarzy. 

Skrajne recenzje Emily w Paryżu zwracają uwagę na próżność, uproszczenia i prostotę serialu. To naturalne, że Francuzi nie są zadowoleni ze sposobu, w jaki zostali przedstawieni. My też nie lubimy wiecznie słuchać, że jesteśmy narodem wódki, awantur i sprzątaczek. Jednocześnie w serialu nie brakuje momentów, w których w myśl przyjętej konwencji obrywa się także Amerykanom i Chińczykom, a nawet influencerom. Zdecydowanie miał być to serial bawiący się stereotypowym postrzeganiem kilku narodów, miał być niewymagający i przyjemny dla oka. Udało się. Pozwala się zrelaksować, ewentualnie rozbudza wyobraźnie, że kiedyś zje się francuskiego rogalika.

Czy warto traktować go poważnie? Nie, Emily w Paryżu ma być rozrywką dla dorosłych ludzi, którzy wiedzą, czym jest konwencja i rozumieją, że człowiek wstający rano z łóżka nie budzi się w pełnym makijażu i z gotową fryzurą. Albo dla dzieciaków, które mają prawo wierzyć w to, że dorosłe życie wygląda tak, jak w serialu i jeszcze nie dostrzegają przerysowanych zachowań wybranych bohaterów. Nie każdy serial musi mieć drugie dno i filozoficzną puentę. Piszę to z ulgą, bo lekkie i barwne seriale jak Emily w Paryżu pozwalają odetchnąć od codzienności i zachować równowagę. Bardzo potrzebną.